Ostatnio ktoś mi powiedział, że w Toruniu to tak jeden no może dwa dni pobyć można bo to małe miasto jest… No ok może nie jest gigantyczne. Ale nagromadzenie cudeniek na metr kwadratowy – moooocne. Można byłoby obdzielić kilka miast! Takie na przykład Stare Miasto. Najstarsze jego części sięgają XIII wieku ! To mniej więcej te czasy gdy miasto nawiedziła plaga żab od której uratował je dzielny flisak zyskując przy okazji rękę pięknej burmistrzówny i pomnik dzisiaj na Staromiejskim Rynku. Miasto rozbudowywało się powstawały kamienice (nawet murowane !) w wiekach średnich a i później. Największe przeobrażenia to – XIX i początek XX. Wtedy odbyło się – jak w wielu innych miastach – czyszczenie z urbanistycznych śladów wieków minionych, zwłaszcza tych niemodnych i zaniedbanych najczęściej – z metryczką średniowieczną. W to miejsce powstawały budynki secesyjne, modernistyczne i takie tam. Trochę oczywiście tych starszych się zachowało – na przykład prawdopodobny dom urodzenia Kopernika; kamienica pod gwiazdą która do Kallimacha należała przez chwilę; mury z bramami i basztami (też tą krzywą wieżą ); ratusz itd. itp. Są też ciekawy obiekty sakralne ale to zostawię na inną opowieść. A! Fajne duszki czuwają nad Starym Miastem w Toruniu. Co krok gdzieś zza węgła, na gzymsie, na parapecie, siedzą przycupnięte figurki dawnych mieszczan… Pilnują pewnie i zerkają czy aby w mieście nic złego się nie dziej…
No…. Fajnie się popołudniowo łaziło… Słonko niby robotę robiło ale żeby jeszcze na temperaturę wiosenną miało to przełożenie – już cudnie by było…
Polska jest fantastyczną mozaiką kultur i religii! Zawsze była. A Chełm tego niezaprzeczalnym przykładem jest 😊 Lokowany w XIV wieku – wtedy na Rusi Czerwonej, teraz jest w lubelskim. Fajne miejsce i bogate w zasoby. Ma przykład – kredy. W nich drążono korytarze od najdawniejszych czasów – bo świetnie się nadawała kreda (miękka i wysiłku aż tak dużo nie wymaga drążenie) do tego celu. W XIII wieku to było takie podziemne miasto. Bo jakby co, jakby jakiś wróg lub inne paskudztwo – to się w takich podziemiach schronić można. Z czasem wyrobiska na regularne kopalnie zamieniono i handel surowcem rozkwitł. Jak kopalnia i z taką historią i taka wyjątkowa bo biała – to i legendy się pojawiły. Najbardziej znana – o Duchu Bieluchu 😊 Gdy się podziemne korytarze zwiedza można go zobaczyć… Momentami nawet dość dosłownie o co przewodnicy zadbali… 😉 Ale i na powierzchni jest co zobaczyć. I to takiego jak zapowiedziano wyżej 😊 Na Grodzisku – pozostałości palatium książęcego i cerkwi Jana Złotoustego. Jest też (tym razem już w całości a nie wykopaliskach) XV- wieczna cerkiew Mikołaja (najpierw była unicka a potem prawosławna) i XIX wieczna Jana Teologa (ta od początku prawosławna była). Jest wiele pięknych architektonicznie kościołów i klasztorów. Na przykład barokowa (choć metryczkę powstania ma XIII wieczną) katedra Narodzenia NMP. Bardzo ładny kawał sztuki! Choć w przepychem barokowym ustępuje kościołowi Rozesłania Apostołów. Tam to się dzieje! I freski i stiuki i złocenia… Barocoo! Fontana i Majer o to skutecznie zadbali😊. Zatem i katolicy (z kilkoma zakonami oprócz kościołów diecezjalnych) i unici i prawosławni i cztery różne wspólnoty protestanckie też są! W Chełmie prężnie rozwijała się też społeczność żydowska. Nie tylko gmina. Rozwijał się w Chełmie ośrodek chasydyzmu. Do dzisiaj zachował się cmentarz (jeden z najstarszych zachowanych w Europie), dom Rabina i Mała synagoga. Mała – bo była też Wielka, ale tę zniszczyli Niemcy w czasie II wojny. Ta która się ostała ma trudne bytowanie aktualnie… Ale to osobna historia.
Ot i cala mozaika Chełma. 😊 Taka religijna, kulturowa i narodowa Polska w pigułce. A najpiękniejsze jest to że takich „pigułek” na ziemiach polskich sporo… oj sporo…. 😊
Kiedyś takie parki do dumania – były modne. Może nadal są… A może to ja jestem trochę „inna”, bo w ogródku też mam arkadowy murek i miejscówki do dumania… Ale gabarytowo mój ogródek znacznie mniejszy niż ten, który w Arkadii koło Nieborowa Radziwiłłowa sobie zaordynowała.
W XVIII wieku ogrody angielskie zakładane były w całej Europie. Taka moda. W sumie się nie dziwię. Dla mnie – również wówczas popularne, ogrody francuskie – są zwyczajnie sztuczne. W ogrodach angielskich, pozornie rosnącym samowolnie roślinom, towarzyszyły formy architektoniczne lub rzeźby inspirowane antykiem albo ruinami średniowiecznymi albo orientem – ot takie klimatyczne zakamarki do podkręcania emocji lub twórczego rozmyślania. Pod koniec XVIII wieku Helena Radziwiłłowa założyła taki park nieopodal rezydencji we wsi Łupia, którą na Arkadię przemianowała. Zatrudniła Jana Piotra Norblina i Aleksandra Orłowskiego a całość wykonał Szymon Bogumił Zug i Henryk Ittar. No i powstawały: Świątynia Diany (nazywana też Świątynią Miłości albo Świątynią Mądrości. Nieprzemyślane… Te dwie rzeczy nie występują razem…), Przybytek Arcykapłana, Akwedukt a potem też Łuk Kamienny, Zakątek Melancholii, Brama Czasu itd. itd. itd. Sporo tutaj urokliwych miejsc, sporo takich w których można się zagubić. Ogród się rozrastał. Z sentymentalnego do romantycznego. Dziesiątki symboli i znaków ukrytych w zieleni i kwitnących kolorach, otulonych szmerem wody…
Takie miejsce służyło też zbieraniu pamiątek. Nie tylko tych osobistych. Również dzieł sztuki z metryczką od starożytności począwszy ale i kopii znanych dzieł. Obecnie kolekcja z Arkadii, znalazła swoje miejsce w pałacu w Nieborowie. Arkadia nie zachowała się do naszych czasów w całości. Anie tej w wersji Heleny ani tej w wersji Aleksandry Radziwiłłowej. Już za czasów Hoffmana, obiekty zaczęto rozbierać a park niszczał. Uporządkował go Janusz Radziwiłł w okresie międzywojnia. Do dzisiaj tylko część założenia ogrodowego przetrwało. Można wyobrażać sobie jak wyglądał w całości…
Arkadia to miejsce szczęśliwości… Może… Nie wiem… Ale fakt – gdy snułam się po ścieżkach parku i zaglądałam w zakamarki ruin, splatane myśli zaczynały mi się same układać. Rozwiązania, które dotąd wypierałam ze świadomości – zaczęły być w sumie proste. Nie wiem czy to sama Arkadia, czy jakieś gigantyczne stado ptactwa wrzeszczącego nad głową w stu ptasich językach, a może rywalizujący z ptactwem szum wody i skrzydeł pszczelich, a może równie mdły w zapachu co i w róóóóżowym kolorze sad… Nie wiem… Ale myśli się jakoś poukładały w szeregu… chyba…
„Jest Łodzian największą troską, by zmieścić wszystko na Piotrkowską.” I w sumie – da radę Dłuuuuuuga ta łódzka Piotrkowska….. oj długa. No ale nie bez przyczyny dostaje się metkę najdłuższej chyba ulicy w Polsce i jednej z najdłuższych ulic handlowych w Europie. Nazwa – bo z Piotrkowa prowadziła. Funkcja – no bo jak już ludziki tędy lezą to czemu im nie dać okazji do pohandlowania… No i tak wokół traktu zaczęły się konstruować place, przecznice, uliczki – ot miasto…
Przeszłam całą! Mnóstwo kamieniczek o cudownych fasadach. Nocną porą niektóre „udekorowane” światłem. Pałace dumnie się prężą dekoracyjnością secesyjną, eklektyczną i innymi takimi, które dość łatwo przyczyniają efekt wow. Fajny przystanek przypominający (zwłaszcza gdy w reflektorze zachodzącego słońca) łuki gotyckich katedr. Z jednej strony – ratusz (XIX wieczny projekt Witkowskiego) i kościół Zesłania Ducha Świętego (też XIX wieczny i też Witkowskiego); niemal z na drugim krańcu strony ulicy archikatedra Stanisława Kostki (ta z samego początku XX wieku), tak mniej więcej w połowie kościół ewangelicko-augsburski św. Mateusza – a pomiędzy kamienice, kamienice, kamienice… Wszystkich wymienić nie sposób. Dla mnie jednymi z piękniejszych są: beżowo-biały pałac Ewalda Kerna, ażurowo zdobiona kamienica Schichtów, delikatna fasada kamienicy Juliusza Szulca (tu w podwórzu była kiedyś synagoga), zdobna w girlandy kamienica Salomona Bahariera, jak dekoracja z bajki kamienica Szai Goldbluma, kamienica Dawida Prussaka, kamienica Józefa Rosenthala (tak, z tych Rosenthalów 🙂 ), Kamienica Dawida Szmulewicza i Kamienica Dawida Sendrowicza i Kamienica Abrama Lubińskiego itd itd itd. A! I Grób Nieznanego Żołnierza łodzianie też swój maja. Oczywiście na Piotrkowskiej!
Jak na moje krakowskie standardy (rynek krakowski nie zasypia przez całą niemal dobę. A już w sezonie zdecydowanie nie śpi i ten i kilka innych zakątków miasta) dość pustawo nocną porą. Trudno znaleźć otwartą restaurację jak głód człowieka dopadnie. Ale w dzień i wieczorem – kwitnąco i… bardzo muzycznie. Może przypadek – nie wiem, ale gdy szłam sobie Piotrkowską cały czas towarzyszyła mi muzyka jakaś. Gdy jedna milkła, zaraz zastępowały ją inne brzmienia, czasem jakieś rytmiczne sekcje, czasem duety lub i więcej, wszelkie gatunki jakie ludzkość wymyśliła… hmmm… fajny gwar…. Aż przysiadłam na chwilkę obok Rubinsteina… I gdzieś tam z tyłu głowy popłynęły dźwięki z klawiatury, przebijając się przez te realnie brzmiące na ulicy…
Bobowa to piękne miasteczko słynące jako jedno z ważnych miejsc na mapie chasydyzmu w Polsce. Tyle wiedziałam. To znaczy przejeżdżałam przez Bobową kilka razy w życiu (może i kilkanaście) ale jakoś nigdy nie miałam potrzeby by się zatrzymać i pozaglądać tu i tam. Kilka dni temu, obudziłam się, przetarłam oczęta i poczułam, że mam ochotę na wycieczkę i to do Bobowej. A że pokusy najłatwiej pokonywać – ulegając im, wsiadłam w autko, pojechałam.
Bobowa lokację otrzymała w 1339 roku. Kawał historii! Zygmunt z Bobowej był pierwszym właścicielem a potem Achacy Jordan przejął i w rękach Jordanów sto lat była. Potem kolejni właściciele… I właściwie tyle. Leniwie się życie toczyło (nadal tak jest), rzemiosło i handel się rozwijał, koronczarstwo (z tego Bobowa słynie) się ugruntowało i produktem eksportowym dla miasta stało… Swoją drogą wszędzie w Bobowej piękne koronki klockowe widać. Nawet murale takie mają.
Jak w każdym małopolskim miasteczku społeczność była zróżnicowana narodowo i religijnie. W Bobowej mieszkali katolicy, bracia polscy i osoby praktykujące judaizm; Polacy i Żydzi. W połowie XIX wieku w Bobowej osiadł cadyk Szlomo Halberstam (to wnuk Chaima z Nowego Sącza, który Szlomo osieroconego wychował). Mądry facet był ten Szlomo, więc nie dziwić się należy, że dość szybko zaczęli się gromadzić wokół niego uczniowie i powstała dynastia chasydzka bobowska. Zaczęła w Bobowie nawet jesziwa działać. Dzisiaj miejsce po budynku jesziwy tylko jest znane i dom cadyka gdzie był – też…
A co zwiedzić? Był zamek Berdechów. Ale dzisiaj tylko bardzo wprawne oko historyka lub architekta dostrzeże gdzie. Jest dwór Długoszowskich, znany z tego ze się Wieniawa- Długoszowski tu wychował. Są też dwa średniowieczne kościoły. Aż dwa w tak niewielkiej miejscowości i obydwa średniowieczne! Kościół Wszystkich Świętych (w XVI wieku był zborem protestanckim) tyle razy przebudowany, że teraz już bez stylu. Kościół św. Zofii był cmentarnym. Też go historia nie oszczędzała ale ten zdecydowanie ładniejszy i z wystrojem bardziej spójnym z historyczną konwencją.
Jest też wyjątkowa synagoga. Zbudowana w 1756 roku murowano-drewniana. Do Sali modlitw wchodzi się parterem, do babieńca po schodkach i balkoniku. Byłam przekonana, że zobaczę ją tylko z zewnątrz (bo niedziela i zwykle wszystko i tak pozamykane…). Na drzwiach kartka z numerem telefonu. Dzwonię, choć pora obiadowa. Miła pani pyta czy przy synagodze jestem. „Aaaa obiad poczeka, otworze pani” słyszę w słuchawce. Ojej… Pani przyszła po dwu minutach, z energią opowiada że ponad 20 lat ma klucz… W synagodze rusztowania, konserwacja wnętrza się toczy. Aron ha-kodesz piękny! Cały w zielonej sztukaterii (coś mnie ten kolor w synagogach śledzi… 😊). Część polichromii już odnowiona: jest szofar i widok Jerozolimy itd. Wzruszona postawą pani, dziękuję jej najpiękniej jak umiem i idę na cmentarz. Przecież po to przyjechałam… Znaleźć go bez GPS – niemożliwe! W szczerym polu. Podjeżdżam, parkuję. Jestem jedyną osobą w zasięgu wzroku. Podchodzę do zamkniętej na kłódkę bramy. I… podjeżdża pan na hulajnodze. Pyta czy mi otworzyć bo i tak coś tam ma do zrobienia na cmentarzu. Szeroko otwieram oczy… Wchodzę. Macewy mniej więcej w rzędach; osobno ogrodzone te żydowskich żołnierzy austriackich. Pan z uśmiechem pyta czy mi ohel otworzyć. No jasne!
Wyraźnie cadyk Szlomo chciał ze mną pogadać… A może to ja chciałam z nim parę spraw omówić…
Taka maleńka niepozorna wioska. Brody nieopodal Kalwarii Zebrzydowskiej. Historia zacna. Bo były to włości rodu Radwanitów, a najstarsze zapiski XIV wieku sięgają. Zwykle takie wioski maja piękny pejzaaaż (i tu tak właśnie jest! Zwłaszcza gdy jesienią w złotą godzinę słońce ciepłem promieni otula zielenie, żółcienie, rudości i burgundy drzew…) i świadomość (mniej lub bardziej powszechną wśród mieszkańców ), że historię to my mamy, że ooooo… ! Ale tutaj jest coś jeszcze. Centrum wsi to „Grobek”. Tak potocznie nazywa się Kościół Grobu Matki Bożej. To część dróżek kalwaryjskich, które w dwu przecinających się szlakach rozsypane są po okolicy. Ten w Brodach – ma przypominać sarkofag. W centralnej części ołtarz, na nim trumna i figura Maryi. Jak „Grobek” – to w sumie logiczne. Kościół rozbudowywany był. Między innymi o mur oporowy, przed fasadą figury apostołów, grota maryjna, obok – niewielki klasztor, ot takie tam. Warto też zobaczyć piękny architektonicznie dwór Brandysów. A kawałek dalej anielski most z widokiem na aleję, która z przystankami kaplic można pospacerować do samego sanktuarium kalwaryjskiego. Takie snucie się urocze w okolicznościach przyrody.
Ale co najpiękniejsze – to jednak jesienna kreacja. Wiem, wiem… mam lekkiego fioła na punkcie kolorów jesieni. No lubię – co zrobić. Ale tam naprawdę kolory jesienną porą potrafią o zawrót głowy jak nic przyprawić. Gdy się przysiądzie pod którymś rozłożystym drzewem… z boku barokowa fasada i apostołowie, którzy wyszli na przechadzkę… gdzieś tam na horyzoncie widać w lekkiej mgle wieże kalwaryjskie… grają jesienne preludium drzewa smyczkami gałęzi… słońce ostatkiem sił otula ciepłymi promieniami… Pięknie…
Jakieś 10 kilometrów!!!! Oj poczułam w nogach… Zwłaszcza, że śnieg jakoś mocno nie ułatwia… Dolina Chochołowska – jedna z bardziej urokliwych w polskich Tatrach. Nawet gdy natura popudruje świat śnieżnym puchem. Najpierw wąwóz, kolejne bramy a potem dolina za doliną. W XVI wieku zaistniał tutaj epizod górniczo hutniczy. W sumie dość długi bo do XIX wieku. Do dzisiaj po nich zostały tylko nazwy typu Polana Huciska. Mniej więcej wtedy gdy kończyła się działalność górniczo-hutnicza, zaczęło się odkrywanie turystyczne. A gdy w latach trzydziestych XX wieku wybudowano na Polanie Chochołowskiej schronisko – zaczęło się dziać na poważnie To obecne to jednak lata 50-te. No a teraz – tak po prostu fajnie się tu łazi. I jest to opinia sporej ilości osób, bo na samotne wędrowanie raczej nie ma co liczyć . Filmowcy też docenili Chochołowską. Stała się sceną dla kilku epizodów z „Janosika” – co w sumie oczywiste, i „Potopu” – co mniej oczywiste, ale kino ma swoje prawa A! Podobno łatwo tu spotkać lisy. Nie widziałam… poooochowały się jakoś… Ale za to słonko cudnie puszczało oko zza gałęzi smreków… Strumień towarzyszył subtelną muzyką niemal całą drogę… i tak bajkowo trochę było, że aż (jestem pewna!) Królowa Śniegu chyba w którychś saniach przemknęła…
Druga co do wielkości dolina w polskich tatrach – Kościeliska. Ojej… ile tam piękności natury! Podobnie jak Chochołowska – również ta związana była z działaniami hutniczymi. Wydobywano tu srebro i miedź od XV wieku. Tędy prowadził też szlak na Słowację. Czasem kupiecki, czasem przemytniczy – ale prowadził. Stąd i zbójnicy! Okazja czyni itd…. Przy trasie, w sumie na samym początku – zbójnicka kapliczka. Podobno faktycznie zbójnicy tatrzańscy ją ufundowali. Bo to zbójowanie zbójowaniem ale z „górą” lepiej żyć w zgodzie. Tak naprawdę to jest fundacji górników – ale legenda fajniejsza
To jeden z pierwszych szlaków turystyki tatrzańskiej. Pierwsze wycieczki górskie organizowano tu już na początku XIX wieku. Szczególnie chętnie wybierano się na wschody słońca. Ja jestem z tych, którzy zdecydowanie bardziej zachody preferują… ale jak kto tam już woli… Faktem jest, że urokliwych i niemal romantycznych zakamarków w dolinie – mrowie. Stąd i natchnieniem artystów bywała zawodowo!
Jestem skłonna uwierzyć, że coś ze srebra tu musiało być… Gdy słońce muska ośnieżone brzegi doliny, sterczące skały, przepychające się fale strumienia i gałęzie drzew, wszystko jakoś wydaje się drobinami srebra udekorowane jak cenną biżuterią…
W Krynicy Zdrój byłam wieeeeele razy! Pierwszy raz, który pamiętam – miałam może z dziesięć lat. Pojechaliśmy z rodzicami „na Kiepurę” – w znaczeniu na festiwal. 😊 Tato zrobił nam (mnie, mojej siostrze i bratu) fot przy pomniku Mickiewicza. Och pamiętam, że starałam się wyglądać tak pięknie jak ta dziewczynka na pomniki!!! 😊 Kilka tygodni temu pojechałyśmy do Krynicy z mamą. Przysiadłam na tym samym pomniku a mama zrobiła mi fot… Ale tym razem zastanawiałam się mocno czy chcę być jak ta dziewczynka… 😊 Bo jeśli na pomniku autorstwa Antoniego Popiela to Maryla Wereszczakówna, niespełniona miłość poety – to nie. Ale jeśli to szczęśliwie zakochana Zosia z „Pana Tadeusza” – to OK mogę przemyśleć… 😉
Z czego słynie Krynica Zdrój? Och… Z czego nie słynie! Po pierwsze mineralne źródła. Chyba jednak od tego należy zacząć. Wieś istniała od połowy XVI wieku ale dopiero na przełomie XVIII i XIX wiecznej fali mody europejskiej na uzdrowiska, Krynica urosła do rangi uzdrowiska. Zaczęły pojawiać się urokliwe pensjonaty, domy uzdrowiskowe no i eksploatacja samych źródeł. Pod koniec XIX wieku tysiące kuracjuszy odwiedzało uzdrowisko. Pierwszym oficjalnym lekarzem Krynicy był dr Jan Nennel. Ale to dopiero zespół pod kierunkiem dr Józefa Dietla rozpropagował i spopularyzował zdrowotne właściwości wód krynickich. Na tyle mocno i skutecznie – że większość wielkich i zacnych person uważała za naturalne, bywanie w Krynicy. Tak więc bywał i Piłsudski i Matejko i Solski i Tuwim… Kogo tu nie było! I wszyscy raczyli się mniej lub bardziej smacznymi (ale bezapelacyjnie zdrowymi) wodami z siedmiu czy ośmiu krynic. A sama Krynica – otwierając się na gości stawała się coraz piękniejszym miasteczkiem z kryształowymi architektonicznie pijalniami, koronkowymi domami uzdrowiskowymi, poetyckimi pensjonatami, ascetycznymi szpitalami, parkami ukwieconymi i otulającymi zielenią… A że w zdrowym ciele zdrowy duch – i temu służy nie tylko woda ale i sport – w Krynicy zaczęły rozwijać się sporty zimowe. Wyciągi, tory saneczkowe itd. W rezultacie Góra Parkowa jest obowiązkowym punktem do odwiedzenia zimą. Ale i latem piękne tam widoki, które z wieży widokowej najlepiej oglądać.
Krynica Zdrój to też miasto sztuki! Wielu artystów z miastem związanych. Wspomnę Nikifora. Przy głównym deptaku jest pomnik artysty. Siedzi na ławce, coś rysuje, a poprawność kreski kontroluje wierny pies… Naprzeciw Willa Romanówka, a w niej aktualnie Muzeum Nikifora – oddział Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu. Kim był Nikifor? Kto to może wiedzieć… Pewnie Łemko. Czym się zajmował? Hmmm…. Rysowaniem. Kilkadziesiąt tysięcy prac. A na kartonach – normalne życie. Takie prawdziwe, a czasem takie z jego prywatnego świata na granicy realu i wyobraźni. Kiedyś zdarzyło mi się siedzieć na balkonie Willi Romanówka, tuż po wernisażu na którym prace Nikifora, sączyłam jakieś wino, a z deptaka głównego dobiegło :
„…W rytm walczyka serce śpiewa kochaj mnie Bez miłości świat nic nie wart kochaj mnie Każda krwi kropelka we mnie ciebie chce Więc weź mą miłość i wzajemnie kochaj mnie”…
Bo Krynica to też miasto muzyki!!! Najsłynniejsze wydarzenie? Festiwal im Jana Kiepury!!!. FANTASTYCZNE wydarzenie, które jest organizowane od blisko sześćdziesięciu lat. Dlaczego? Bo Jan Kiepura bywał w Krynicy. Bo zdarzało się, że wskakiwał na dach samochodu lub z balkonu pensjonatu śpiewał jakąś arię dla fanów. Pierwsze piętnaście chyba festiwali prowadził pomysłodawca Stefan Półchłopek. Po nim – organizacją wydarzenia zajął się z wprawą publicysta, znawca i propagator muzyki klasycznej i operowej – Bogusław Kaczyński (jak on potrafił o muzyce opowiadać pysznie… och!). A potem na przykład koncerty fantastycznie prowadził Marek Zając. Bywały takie lata, że na koncerty festiwalowe bilety należało kupować z rocznym wyprzedzeniem! Zdobycie ich czasem graniczyło z cudem. Bo i też sama śmietanka świata operowego i operetkowego z całego świata pojawiała się zarówno na scenie jak i na widowni! Fantastyczny festiwal w fantastycznym anturażu krynickiego uzdrowiska.
Oczywiście czasem też inne rodzaje muzyki słychać na deptaku 😊 Szczególnie mi bliskie orkiestry dęte na przykład. Mój nieżyjący już ojciec przed wielu laty organizował festiwale i przeglądy orkiestr dętych. Może dlatego gdy słyszę taką orkiestrę – pojawiają się wspomnienia jakieś, emocje… A jeśli ta orkiestra na deptaku krynickim gra, to przy okazji też pojawia się wspomnienie spaceru rodzinnego i tego zdjęcia przy pomniku Mickiewicza…
Miasto aniołów… Miasto z artystyczną duszą… A dla mnie Lanckorona tak po prostu – brzmi Grechutą… Choć dzisiaj załapałam się akurat koncertowo nie na Grechutę a na Klenczona
Lanckoronę mam prawie po sąsiedzku – ale nie odwiedzam jej jakoś bardzo często, nie mam więc porównania ale jakoś kojarzy mi się z jesienią… I tak sobie myślę, że jeśli na spacer lanckoroński – to w jesiennych kolorach…
Strasznie tu historycznie, bo i Kazimierz Wielki i Jan Długosz wspomina, i Lanckorońscy (tzn. Lanckorońscy chyba od XVI wieku bo wówczas takie nazwisko jeden z rodu przyjął…) i kilka innych rodów, i słynne lanckorońskie bitwy z XVIII wieku. Do dzisiaj sterczą drewniane krzyże na mogiłach konfederatów barskich, którzy w tych bitwach polegli…
Ale oprócz tego, że historycznie – jest tu po prostu malowniczo, małomiasteczkowy klimat kusi leniwym pięknem, zabytkowe ukwiecone domy rynku jak kolia historii dekorują miasteczko. Wcale się nie dziwię, że tylu artystów przyciąga… Myślę sobie, że tu nie anioły latają nad miastem tylko muzy skrzydlate zerkają zza każdego węgła…
Swoją drogą Kazimierz Wielki mocno sobie upodobał Lanckoronę, Dał lokację, przywileje na prawie magdeburskim, zamek ufundował… Ruiny zamku do dzisiaj można zobaczyć. Przy czym są to takie… naprawdę ruiny otulone czule przez zieleń… I im bardziej jesienną – tym bardziej czule…