„Jerzy Tchórzewski. Inne spojrzenie. Prace z kolekcji prywatnych”. Pretekstem – 20 rocznica śmierci artysty. Jego prace równocześnie wystawiane są w Kordegardzie i w Warszawie – taka koncepcja dwugłosu. To fajna myśl. Sacrum i profanum, przy czym profanum (a dokładniej tematy erotyczne) w Kordegardzie, a sacrum w Warszawie (głównie tematy duchowość, wiara). Tchórzewski ze swoim malarstwem tak trochę pomiędzy surrealizmem a abstrakcją, z niedopowiedzeniem, z narracją prowadzoną nie wprost, doskonale uruchamia emocje. Ten moment zaskoczenie, gdy widz nieświadomy tego na co patrzy, nagle odkrywa figuratywne przedstawienie i szepcze – pieta…
Wystawienniczo – jak w całym muzeum – mizernie. Porozrzucane krzesła, dziury w ścianie, kable pozwijane w kokony tak centralnie pomiędzy ikonami, porzucone elementy czajników… szkoda. Bo prace naprawdę niezłe a ekspozycyjnie kompletnie nieprofesjonalnie…
Niebawem kolejna czasowa się pojawi w warszawskim Muzeum Azji i Pacyfiku (i zapowiada się pysznie! 😊 ) więc tak wspominkowo jedna z czasowych, które się już zakończyły jakiś czas temu. Super kolorowa wystawa „Barwy holi”. Tak na pograniczu Indii i Nepalu było kiedyś Mithili. Tam właśnie kobiety stworzyły specyficzną formę malarską – malarstwo mithilskie. Początkowo na ścianach domów a z czasem też na papierze. Mocne intensywne barwy, charakterystyczny kontur jakby poruszony albo z cieniem oraz trzy główne odmiany form: barwny (bharni), kaćni (linearny) i godna (tatuażowy) – to właściwie główne cechy.
Muzeum Azji i Pacyfiku ma szczęście posiadać jedną z największych na świecie kolekcji tych obrazów – czym się w trakcje wystawy pięknie pochwaliło! Można było obejrzeć same prace ale i proces ich tworzenia, barwniki, narzędzia malarskie. Tu i tam pojawiały się i znikały na podłodze wizualizacje wzorów, jakby subtelnie sugerując kierunek zwiedzania. Delikatna muzyka, jakiś nienachalne dźwięki… można coś dotknąć, powąchać… Wszystkie zmysły zaangażowane! Więc powiedzieć, że ta wystawa pyszną była – chyba nadużyciem nie jest 😊 Choć chyba lepiej – ociekającą barwami!
„Psalmy – wystaw ikon”. Jeśli ktoś spodziewa się klasycznych wschodnich ikon – to nie tutaj. Ale jeśli ktoś chciałby zobaczyć niezły kawałek sztuki inspirowanej starotestamentalnymi Psalmami – to właściwe miejsce! Wystawa jest pokłosiem XI Międzynarodowych Warsztatów Ikonopisów w Nowicy. Prace – czasem mocno osadzony w tradycji bizantyjskiej/bizantyńskiej ( 😉 ), czasem z bardzo nowatorskim podejściem do ikonopisarstwa, zawsze jednak mocno prowokują do modlitwy, a przynajmniej zadumy…
Wystawienniczo – jak w całym muzeum – kaszana. Porozrzucane krzesła, dziury w ścianie, kable pozwijane w kokony tak centralnie pomiędzy ikonami, porzucone elementy czajników… szkoda. Bo prace naprawdę niezłe a ekspozycyjnie – ma się wrażenie jakby się przypadkiem do składziku weszło…
Przechodziłam tamtędy wiele razy. Fasada – zawsze przykuwała moją uwagę. Galeria ART – prowadzona przez Okręg Warszawski Związku Polskich Artystów Plastyków. Tym razem – weszłam. To kompleks galerii pod wspólnym adresem. Przestronne przestrzenie wystawowe. Cisza głucha prawie. Z jednej strony sprzyja kontaktowi z dziełem malarskim – z drugiej aż kłuła w uszy. I każdy stukot obcasa było słychać jak werble. Załapałam się na dwie wystawy. Tak rzutem na taśmę bo w ostatnim dniu. Marek Kotarba „Kotarbany underground”. Prace, które łączą połyskującą biel porcelany z intensywną w barwie warstwą malarską. Takie łączenie form i struktur. Interesujące, intrygujące… Na parterze – Marek Dzienkiewicz „Malarstwo”. Trochę form abstrakcyjnych, trochę kompozycji opowiedzianych – jak np. mój ulubiony Dzienkiewicza – „Koncert”. I tu faktycznie troszkę brakowało mi dopełnienia jakiegoś dźwiękiem. Nawet telewizor niemo wyświetlał film z wernisażu. Ale może cisza lepiej sprzyja myślom i decyzjom – którą pracę nabyć drogą kupna.
Ale mi się cymes trafił! Ja wiedziałam, że po Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie dobrych wystaw można się spodziewać ale nie wiedziałam, że aż tak dobrych! 😊 Kilka lat temu byłam w tym muzeum ostatnio. Wówczas trafiłam na zmianę ekspozycji stałej – i była tylko mała sala „strefa dźwięku”. Aktualnie jest jedną z części wystawy stałej „Podróże na Wschód”. Ale nadal to dźwięk prowadzi widza od samego początku wystawy. Najpierw kraje arabskie potem Mongolia, wyspy Indonezji, Kazachstan, Afganistan… W sumie to pięć części: Azja Południowo – Zachodnia, Azja Centralna, Mongolia, Indonezja i ostatnia część to już wspomniana (i odwiedzona przeze mnie kiedyś tam 😉 ) Strefa dźwięku. W kolejnych częściach zmienia się muzyka, która sączy się gdzieś delikatnie w tle. Wchodzimy do sali, nieco ciemnej, w której eksponaty niczym w teatrze podświetlone wybornie i wydaje się, że to już koniec wystawy a tu nagle gdzieś z boku jakieś inne dźwięki kuszą by zaglądnąć zza węgła i zobaczyć, że tam jest przejście do kolejnej azjatyckiej opowieści. Azja Poł-Zach jest niewielka – kilka gablot, płynnie przechodzi w Azję Centralną, gdzie na środku suk a w nim jak to na bazarze – różności! Od koni począwszy a na biżuterii skończywszy 😊 W części mongolskiej na środku jurta, aż kusi by przysiąść i odpocząć nieco. A w części indonezyjskiej – pendhapo. To ciekawie pomyślana aranżacja, która nie tylko rozłamuje klasykę ekspozycyjną gablot ale i ciekawie focusuje widza. Nie ma wątpliwości gdzie „się jest” i jakie kultury się ogląda. Fantastyczne stroje z regionów, piękna biżuteria i rzemiosło, troszkę broni, sporo instrumentów. No pięknie!
Czy znalazłam jakieś minusy? W sumie nie, choć może… zabrakło mi opowieści o azjatyckich zakątkach, które mi osobiście są dość bliskie 😊 Ale żeby o całej Azji i Pacyfiku opowiedzieć choćby pobieżne – muzeum musiałoby być dziesięć razy większe (czego i życzę!). Choć i tak mam nadzieję, że ekspozycja będzie się rozrastała o nowe przestrzenie wystawowe i pojawią się również te zakątki, na które czekam 😊 Na teraz – pięć plus.
Do głowy by mi nie przyszło, że smoki takie muzykalne są!!! A tu jednak. Na wystawie w warszawskim Muzeum Azji i Pacyfiku – królują! Choć tak naprawdę wystawa jest o muzyce, dźwiękach, śpiewie, tańcu. I wszystko w perspektywie Azji – co zrozumiałe. Niewielka sala. Przyjemny półmrok. Sączą się dźwięki. Wirują tancerki. W gablotach stado instrumentów, których nazw nie bardzo nawet potrafię wypowiedzieć. No i na większości z nich motyw smoczy. Fajne… ostatecznie śpiew i umiejętność tworzenia muzyki to przywilej człowieka (właściwie to niewielkiej grupy ludzi – ale… ). Pewnie smoki mają tak samo…
Muzeum Azji i Pacyfiku pamiętam sprzed kilku laty. Byłam tam na organizowanej przez nie konferencji kostiumologicznej. Miło wspominam – zarówno konferencję jak i zwiedzaną wówczas wystawę. Aktualnie przygotowywana jest nowa i zobaczyć można tylko te niewielką ekspozycję „Strefa dźwięków”. Ale i dla niej (w oczekiwaniu na otwarcie tej nowej ) warto muzeum odwiedzić.
Hmmm… W Warszawie jest Muzeum bazyliszka! I… Właściwie to wszystko co miłe na ten temat. To znaczy fajnie, że powstało bo Warszawiacy o swoim smoku mizerniej jakoś pamiętają. Ale to „muzeum” jakby to powiedzieć żeby tylko trochę, obrazić…. trzy pomieszczenia (czwarte to sklep z minerałami), w których figury rodem z lunaparku chyba, prehistorycznych zwierząt i legendarnych stworów. W większości pojęcia nie mam co mających wspólnego z bazyliszkiem lub jakimkolwiek innym smokiem. W szafkach smutno stoją pojedyncze figury gadów, rodem ze sklepu z azjatyckimi pamiątkami. O bazyliszku – w ostatniej sali. Klatka. W niej „Bazyli” siedzi i pilnuje półszlachetnych minerałów. Przy klatce skamieniały manekin nieletniego mocno chłopca. Choć pewnie nie od smoczego wzroku. Może tak dla rozrywki – ostatecznie na tej wystawie siedzi na stałe…
Sam pomysł muzeum smoczego – fantastyczny!!! (taka podpowiedź dla włodarzy innych smoczych miast a jest ich w samej Polsce dwadzieścia kilka). Ale… Jakby to ładnie…. Lubię odwiedzać muzea do których mam ochotę przyjść ponownie… Do tego nie chcę… I jeszcze jedno. Ja wiem – w dobie gdy powstają „akademie pieroga” gdzie się „garmażerkę” sprzedaje, trudno się dziwić wykorzystaniu niekonwencjonalnemu różnych słów. Tak z umiarkowaną zgodnością z ich definicją. Zastanawiam się jednak co obecnie mieści się w definicji „muzeum”. Ktoś kto skuszony nazwą wchodzi – spodziewa się przecież określonego produktu.
„Największe centrum chopinowskie na świecie” – może i tak… Poszłam do Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie z bardzo pozytywnym nastawieniem, zwłaszcza, że muzykę klasyczną bardzo uważam (no może fortepianową najmniej ale globalnie – uważam bardzo ). A na miejscu… Bardzo mili pracownicy, uśmiechnięci, taktowni – wrażenie dobre na dzień dobry jest. Potem cztery poziomy (w znaczeniu piętra) do zwiedzania. Właściwie trochę nudnawo. Jest to muzeum biograficzne, takie klasyczne. Kolejne piętra, to kolejne odsłony historii życia, na każdym piętrze – to samo: zdjęcia, gabloty interaktywne uruchamiane za pomocą karty/biletu, sączy się muzyka (i to akurat fajne) itp. itd. Może byłam zmęczona po całym dniu, a może nastawiona na zbyt wiele, ale… nic mnie nie zaskoczyło, nic nie powaliło na kolana. Zwiedziłam i… tyle.
Myślę, że muzeum może zrobić wrażenie na osobach, które z założenia Chopina i jego muzykę kochają miłością wielką… Ale dla takich osób każde miejsce z Chopinem związane będzie cudowne i do zwiedzania na kolanach… Dla pozostałych – według mojej opinii – jest poprawnie ale bez fajerwerków.
Przez zaczarowane drzwi w zaczarowanej szafie wchodzi się do świata bajek i zabawek… Naprawdę! W Warszawskim Muzeum Domków dla Lalek, Gier i Zabawek tak właśnie to działa. Czary mary – i już 😊 Najpierw sala z gablotami, w których lalki ze wszystkich zakątków świata, poukładane kontynentami. Osobna szafa na lalki z różnych zakątków Polski. Potem gry planszowe (w większości takie z czasów PRL) i zabawki produkcji polskiej z przed 50 i więcej laty. A potem domki dla lalek. Ale jakie to cudeńka! Jest sala szkolna, sklep spożywczym, kuśnierz, salon krawiecki, plaża, szpital i kilka wersji kościołów i innych świątyń… No i pary młode w wielu wersjach! Właściwie to takie realia życia z dawnych epok, zminiaturyzowane i wstawione do świata zabawek 😊 Naturalne przecież, że dzieci lubią naśladować i bawić się w dorosłych. W takich domkach – bez trudu mogły!
Poza wszystkim zachwycił mnie kunszt i precyzja miniaturowych domków. Cuda! Popularne były zwłaszcza w Anglii, Niemczech oraz Italii. Te XIX wieczne – szczególnie zachwycają pomysłowością i kunsztem. A przynajmniej mnie – zdecydowanie! Pewnie sama chętnie godzinami układałabym maleńkie filiżanki z herbatą na maleńkim stole w maleńkim salonie…
To co w muzeum można zobaczyć pochodzi głównie ze zbiorów kolekcji Anety Popiel-Machnickiej. Sama właścicielka kolekcji zdecydowaną większość eksponatów własnoręcznie odnowiła. W wejściu przywitały mnie dwie miłe panie, które do zwiedzania zapraszają z gracją i uśmiechem równym Mary Poppins albo wróżki kopciuszkowej. 😊 Weszłam do muzeum tak naprawdę przypadkiem i nie nastawiona na jakieś większe emocje. A okazało się, że przeniosłam się w świat baśni jak Alicja przez lustro, albo raczej Łucja przez szafę – bo przecież przez szafę do tej bajki weszłam 😉
„Porządek rzeczy” – z porządkiem akurat mizernie ma po drodze :). Robi wrażenie składowiska obiektów wszelakich. W opisie na stronie muzeum można przeczytać, że to takie magazyny muzealne. Ok… Ale to na magazyn też nie wygląda. Modern regały ekspozycyjne (teraz takie faktycznie są modne, na przykład w Pradze w kilku muzeach zastosowano) takie trochę jak regały sklepowe trochę jak koszyki z metalowej siatki. A na nich „milion” przedmiotów. Trzeba dużego wysiłku by uświadomić sobie o czym który regał jest i dlaczego w takiej kolejności. Ale jak już wysiłek się podejmie – to nagle zaczyna się łączyć kropki! Tu jest wszystko co w zagrodzie i obejściu potrzebne bywało! Nawet słychać ostrzenie kosy i żniwiarza albo młot uderzający o kowadło. Z chaosu wyłania się porządek. Zaczyna się zwracać uwagę na drobiazgi. Patrząc jak przez oko kamery, trzeba się „wyzumować” na jeden szczegół.
Zatem czy to jest magazyn? Dla mnie nie. Dla mnie to taki trochę przechowalnia opowieści. Taka trochę stodoła, trochę sień, trochę strych jakiś. Miejsce gdzie odstawia się przedmioty, które już nie są potrzebne bo nowocześniejsze je zastąpiły… Ale może kiedyś jeszcze się przydadzą… Czyżby to był cmentarz przedmiotów niegdyś codziennych?… Dzisiaj tylko etnografowie wiedzą do czego służyły…