Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 39 of 86)

Chmielnik – Świętokrzyski sztetl

Sztetl żydowski w Chmielniku sięga swymi początkami XVII wieku. Wtedy na mocy przywileju osiedlili się tutaj Żydzi (prawdopodobnie o korzeniach sefardyjskich). Hmmm… natura nie lubi pustki, przestrzeń miejska chyba też… Bo przybywający do miasta Żydzi zaczęli zamieszkiwać w domach wypędzonych stąd wcześniej arian… Synagoga wzniesiona została w kolejnym wieku. Budynek w czasie II wojny światowej podzielił los wielu podobnych. Hitlerowcy zdewastowali wnętrze i ogołocone mury przeznaczyli na magazyn. Prace renowacyjne rozpoczęto dopiero w 2008 roku. We wnętrzu niemal nic się nie zachowało. Fragmenty polichromii, jakieś drobiazgi rzemiosła artystycznego. I w oparciu o tak nieliczne artefakty – powstało niesamowite wnętrze muzealno-wystawowe „Świętokrzyski sztetl”. Całość koncepcji opiera się o dwie przestrzenie – światło i cień. W Sali modlitw na środku, tam gdzie kiedyś przed laty faktycznie stała – jest bima. Ale odrealniona, nierzeczywista, szklana. Przez nią przenikają promienie światła, refleksy wspomnień, błyski obrazów minionych lat, zaklęte na kliszy fotograficznej twarze i historie… Z czasów gdy miasto harmonijnie tworzyły dwie religie, dwa narody, dwie kultury… Poza wnętrzem synagogi na dziedzińcu, wypchnięty celowo za nawias – cień. Budynek mroczny, pusty, trochę przerażający gdy zauważy się, że na ścianach nazwiska i imiona tych, którzy zostali zamordowani… Zamiast podłogi – kamienne wysypisko. Trzeba uważać by się nie potknąć w cieniu… O taki cień naprawdę trzeba uważać by się nigdy nie potknąć…

I znowu wychodzi na to, że światło i cień – cuda potrafią czynić…

Chrzanów – Muzeum w Chrzanowie im. Ireny i Mieczysława Mazarakich, „Kałamarz”

Dwór inaczej zwany „Kałamarz” to siedziba główna Muzeum w Chrzanowie im. Ireny i Mieczysława Mazarakich. W połowie XIX wieku rodzina Loewenfeldów, budynek zaadoptowała tak by mógł służyć jako rodzinna rezydencja

 Rodzina  Loewenfeldów religijnie była patchworkowa. Z pochodzenia byli Żydami. Część – judaizm praktykowała, część była raczej tyko kulturowo związana z judaizmem, ktoś tam konwertował na katolicyzm, inna osoba na któryś protestantyzm… Co nie przeszkadzało im wcale wspólnie zasiadać do stołu i wspólne dzieła (kulturowe, społeczne i biznesowe) prowadzić. Może dlatego podobnie wygląda stała wystawa w „Kałamarzu” – osiem pięknych opowieści – pięknie wystawienniczo opowiedzianych.

Jest ekspozycja geologiczna, na której skały, minerały, kamolki wszelakie, z których część chętnie oprawiłabym jakoś gustownie przerabiając na biżuterię 😉 W tej samej przestrzeni wystawowej, spójna narracyjnie wystawa archeologiczna. W latach sześćdziesiątych XX wieku, pracownicy muzeum brali udział w okolicznych wykopaliskach a efekty tych badań – na wystawię leżą. W jednej gablocie nawet dość dosłownie… bo pełen szkielet ludzki niczym w sarkofagu spoczywa.

Dwie wystawy poświęcone kulturze i tradycji regionu. Chrzanów na przestrzeni wieków przechodził z rąk do rąk a były to często ręce szlacheckie. Stąd i pas kontuszowy i zbroja rycerska… ale i dary kolatorów dla chrzanowskiej parafii – np. XVII wieczny kielich mszalny lub misternej roboty krzyż z przedstawieniami drogi krzyżowej na rewersie. Mieszkańcy – wiedli natomiast życie proste i pracowite. Stąd i kołowrotek i stragan gdzie pohandlować w dzień targowy można… Ale też sklep, gdzie szwarc, mydło i powidło było do kupienia 😊 No i przedmioty związane z lokalnymi rzemieślnikami zrzeszonymi w cechy.

Kolejne ekspozycje poświęcone tym którzy założyli muzeum i tym którzy byli ostatnimi właścicielami dworku. Gabinet osobliwości pokazuje wszelkie pasje i zainteresowania dwojga nauczycieli – małżonków Ireny i Mieczysława Mazarakich, którzy muzeum założyli. Czegóż tam nie ma! Jajo bocianie, jakieś gniazdo, filiżanka ładna (a nawet kilka 😉 ), naczynko cynowe…  A wszystkie „przydajki” misternie opisane i skatalogowane! Dwie sale kolejne dedykowane rodzinie Loewenfeldów. W „saloniku biedermeier” pamiątki rodzinne. Portret Róży z Asher Loewenfeld, zdjęcia dzieci w wieku wczesnym ale też śmiesznie pozowana fota wszystkich czterech synów wraz z ich małżeńskimi połówkami. Urocze meble, lustra, filiżanka w witrynce, bukiet ktoś na stoliku postawił… Ot salonik w którym pani domu, a pan domu pewnie i też odpoczywali, gości przyjmowali… Na piętrze sala dedykowana judaikom. Wygląda prawie jak synagoga! Bo parochetem zaaranżowany nieco na Aron Ha-kodesz na ścianie wisi, tuż obok bima a na pulpicie – Sefer Tora z chrzanowskiej synagogi, zmieszczonej nie tak znowu dawno… Przygotowana tak jakby zaraz miała być parsza czytana… Dookoła gabloty a w nich przedmioty które do świętowania się przydają jak ulał. Kilkanaście besaminek misternie zdobionych, piękne chanukije na oliwę i na świece, i XVII wieczne naczynie na etrog z Naumburgu. Ja nie wiem czy celowy to był zamysł ekspozycyjny, czy też przypadkiem tak wyszło – ale wyszło fajnie!

Fantastycznie pomyślana ekspozycja. Choć miejsca niewiele – wszystko spójnie i ciekawie opowiedziane. Ale… Z pewnego źródła wiem… że miejsca wystawowego niebawem ciut więcej będzie! 😊   

Choroszcz – Muzeum Wnętrz Pałacowych

Choroszcz, niewielka miejscowość a w niej odbudowany kilkadziesiąt lat temu pałac Branickich. Wzniesiony w XVIII wieku, wielokrotnie był rozbierany na skutek choćby ingerencji wody i wielokrotnie przebudowany. Jest na sztucznej wyspie, dookoła woda – zielono pokryta rzęsą jakąś i czymś, stojąca, i wpływająca destrukcyjnie na pałac… Ale otulenie parkiem ładne. Park taki trochę puszczony samopas ale intensywny zielenią (i drzew i traw i wody…) i z ooooogromną ilością komarów! Obecnie (od 50 lat) jest tam oddział Muzeum Okręgowego w Białymstoku a w nim ekspozycja stała – wnętrza pałacowe. Z oryginalnego wyposażenia pałacu niemal nic nie pozostało ale wnętrza są zupełnie dobrze i ze smakiem wyposażone w meble i sprzęt. Jest salonik i jest garderoba i gabinet. Estetyczną klatką schodową idzie się na piętro a tam miejsce na wystawy stałe. Czy warto zaglądnąć? Jeśli kto przejazdem – tak.

Djerba (Tunezja) – Musée Djerba Guellala

Gdy myślę o Musée Djerba Guellala – mam mieszane uczucia. Nazywa się muzeum. I faktycznie kilka eksponatów jest… Na stronie dumnie brzmi tekst, że jedna z największych placówek w kraju. No nie wiem… W samej Dżerbie jest też inna która eksponatów ma znaaaaacznie więcej a i ekspozycję taką jakby bardziej muzealną. Z drugiej jednak strony, koncepcja Muzeum Guellala – dość niecodzienna i zaskakująca. W kolejnych salach, kolejne manekiny opowiadają historię Tunezji i samej Djerba. A że na wyspie przez wiele wieków po sąsiedzku, żyją obok rodzimych Berberów – i muzułmanie i żydzi i chrześcijanie – to i wachlarz tunezyjskich opowieści spory. Jest scena ślubu, obrzezania, zielarza zapodającego medykamenty, odpoczynku przy sziszy w zaciszu domowym lub przyrządzania posiłku, pracy w farbiarni, świąteczne spotkania, rytuały i obrzędy np. barboura lub jiloura… Każda scena w dedykowanym anturażu, kostiumy też dedykowane do okazji… W sumie fajna myśl. Ale moje pierwsze wrażenie było takie sobie. Nie wiem dlaczego. Może lekko chwiejące się manekiny, może aranżacja jak z podrzędnego teatru obwoźnego. Generalnie byłam umiarkowanie na tak. Ale potem myśl. Ok… Ale może to jest pomysł by w muzeum opowiedzieć o niematerialnym dziedzictwie! Pewnie szczegóły do dopracowania, pewnie brak gadżetów i fajnego światła które robi klimat, pewnie dźwięki sączące się tu i ówdzie zrobiłyby dobrą robotę ale pomysł jest…

Djerba (Tunezja) – Park Djerba Explore

Właściwie to ja nie wiem jak ten obiekt nazwać… Muzeum, które przechodzi w skansen, a ten z kolei w ZOO, a kończy się na hodowli – krokodyli. Park Djerba Explore w Tunezji. Najpierw klasyczne muzeum. Jest sporych rozmiarów, sporo w sumie eksponatów w tematycznych kolekcjach. Jest kaligrafia i artefakty związane z religiami i sztuka Maghrebu i zabytkowe tekstylia Tunezji i ceramika itd. itd. Klasyczna ekspozycja, dobrze pomyślana. Szkoda, że podpisy tylko w języku francuskim i arabskim ale… cóż zrozumieć wypada. Potem przechodzi się do skansenu. Takiego, gdzie pracownicy ku uciesze turystów wcielają się w role na przykład rzemieślników, mieszkańców wioski i takie tam. Jest więc olejarnia i tkalnia i warsztat garncarski. Można odwiedzić klasyczny dom na Djerbie. Ale taki dom na bogato! Z salonem, kuchnią, naturalną klimatyzacją i systemem pozyskiwania deszczówki. No i wreszcie Zoo/farma. Kilkaset gadów! W znaczeniu – krokodyli głównie. Różne gatunki, wielkości, kolory nawet! Ale najwięcej – nilowych. Atrakcją największą jest ich karmienie. W sumie zaskoczona byłam. Bestie nie rzucają się na mięcho. Leniwie lazły i od niechcenia niemal ten i ów kłapnął paszczą i łaskawie zżarł kawał przekąski. Z oczu im patrzyła lekka szydera. Tak jakby chciały powiedzieć: karmić nas musicie… Bo ja nie to opiekunów zeżremy… 😉

Z rozmachem pomyślane! Gdy dołożymy jeszcze hotele i sklepiki i kawiarnie itd. itp. które są elementami kompleksu – jest rozmach. Mnie chyba najbardziej wzruszyła jednak część muzealna. To naprawdę dobrze zrobiona ekspozycja, zgodna z klasyką muzealniczą. Byłam w kilku muzeach w Tunezji. To jest zdecydowanie jednym z lepszych jakie miałam okazję tam zobaczyć.

Gdańsk – Muzeum Historyczne Miasta Gdańska, Dwór Artusa

Dom spotkań patrycjatu miejskiego. W wielu miastach nazywano takie miejsca od króla Artura i jego legendy. W Gdańsku też. Dwór Artusa bo o nim mowa to obecnie oddział Muzeum Historycznego Miasta Gdańska. Kiedyś gromadzili się w nim członkowie bractw. W głównej Sali każde z nich miało swoją ławę. Mieszczanie a zarazem członkowie bractw zbierali się tutaj dla interesów… Przy czym opłatę za wypite trunki wnoszono z góry.. 😉 „Obradom” towarzyszyli kuglarze, śpiewacy, muzycy. No po prostu imprezy się tu robiło i to takie że mmmm…. Żeby oddać honor – poważniejsze spotkania np. rozprawy sądowe też tu bywały ale sławę i tak miał jaką miał… Dwór metryczkę ma średniowieczną ale obecny kształt zyskał w XVII wieku. Obecna ekspozycja to kompleks trzech budynków: Stary i Nowy Dom Ławy oraz Dwór Właściwy. Cała ekspozycja to dwie sale i ukryta ciut za przejściem trzecia, z której wychodzi się już w kierunku miejskiego „nimfeum”. W tej największej (z gigantycznym pięknym piecem w rogu) część obiektów jest autentycznych, cześć to rekonstrukcja, brakujące zamarkowane „fototapetami”, w kolejnej piękna snycerka, cudne schody, szafy – co nikogo nie dziwi gdańskie, a potem wąskim przejściem (jak się nie zapyta pani zapatrzonej w telefon, to nie sposób wpaść na to że tam można wleźć) przechodzi się do kolejnej. Tu chyba czasowa ekspozycja tym razem art. współczesne będące kontinuum instalacji (zupełnie nieźle wkomponowanej) ze środka Sali Wielkiej. Prawdę mówiąc spodziewałam się jakiegoś efektu wow. Było bardzo ok ale efekt oczekiwany – nie…

Gdańsk – Muzeum Narodowe w Gdańsku, Oddział Sztuki Dawnej

Wrażenie robi monumentalne… Może dlatego, że przyklejone (właściwie w zaadoptowanych pomieszczeniach klasztoru franciszkanów) do kompleksu klasztornego? Wnętrza jednak okazują się gabarytowo nie aż tak okazałe. Muzeum Narodowe w Gdańsku powstało z dwu wcześniejszych (XIX-wiecznych z metryczki) kolekcji muzealnych: Muzeum Miejskiego i Muzeum Rzemiosła. A to o czym pisze to Oddział Sztuki Dawnej. Cała ekspozycja nie przeładowana, głownie w klimatach mieszczańskich – co zasadne. Główny powód odwiedzin – Sąd Ostateczny Memlinga. Fajnie zupełnie wyeksponowany i tak na „dzień dobry” rzucony zwiedzającym. A potem już mieszczańska opowieść z sali do sali. Meble, rzemiosło, malarstwa w sumie dość sporo, trochę sacrum trochę profanum. Właściwie zgodnie przecież z tytułem ekspozycji – „Pobożni i cnotliwi. Dawni gdańszczanie w zwierciadle sztuki”. Taka opowieść mieszczańska z podziałem i na epoki i na przestrzenie życia codziennego. Przyjemnie się łazi… Powaliła mnie gablota z zabawkami dziecięcymi (chyba cynowe): „mały kucharz” i… „mały ksiądz” 😂. A! W wirydarzu urządzona jest strefa chillout. Leżaczki i takie tam. Na jednym w cieniu, siedziała sobie pani pilnująca ekspozycji. Fajna robota…😎😎

Gdynia – Akwarium Gdyńskie

Czego się spodziewałam po Gdyńskim Akwarium? W sumie niczego. Poszłam dla zabicia czasu. A tu miła niespodzianka nastąpiła!

Pierwsze 30 lat istnienia nazywa brzmiała niezapamiętywalnie: Muzeum Oceanograficzne i Akwarium Morskie Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni. Obecna znacznie bardziej marketingowa. 😊 Działa od 1971 ale początków szukać należy w latach 20-tych XX wieku i działającym wówczas Morskim Instytucie Rybackim – Państwowego Instytutu Badawczego. Więc w sumie nie wiadomo ile lat tak naprawdę Akwarium liczy, bo od zmiany nazwy to jakieś 20, od powstania Muzeum ponad 50 ale od powstania zbiorów to będzie jakaś setka 😊

Czy Akwarium jest duże – nie bardzo. Ale dość ciekawie pomyślane. W kolejnych salach i na kolejnych piętrach, możemy podglądać wodne żyjątka tropików, Amazonii, rafy koralowej, Bałtyku, Atlantyku itd. Kolorowe i ładniutkie, chropowate i przerażające, a i takie zwyczajnie brzydkie też są. Ot – wodne ZOO.  Całość dość klasycznie pomyślana ale w sposób przemyślany, konsekwentny i jasny. Dobrze służy celom edukacyjnym. Niektóre z sal zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Dobre światło, ciekawa aranżacja i dobrze stworzone warunki do obserwowania zwierzaków bez zakłócania im spokoju. A rybie modelki – świetnie współpracują, pokazując się z najlepszego boku, gdy tylko zauważą obiektyw aparatu 😉

Gdynia – Muzeum Emigracji

„Muzeum Emigracji” w Gdyni. Muzeum to chyba ciut przesadne – eksponatów jak na lekarstwo. Ale – pomysł i sama opowieść genialnie poprowadzona!! To, że ludzi kusi by sprawdzić co jest tam za horyzontem, tam gdzie nas nie ma – to jasne. Tak było i tak będzie, tak jesteśmy w większości przypadków skonstruowani. Większość podróżników pcha do tego by wyjechać imperatyw by zobaczyć najodleglejsze zakątki świata. Dlaczego? – bo są! Ale pobudek może być milion: konieczność polityczna, poszukiwanie lepszego miejsca dla siebie, głód, chęć osiągnięcia sukcesu itd. itd. itd. To że byliśmy od wieków wielonarodowi, wieloreligijni i „przemieszczający się” – to też jasne. I fajnie, że autorzy wystawy pokazali powody i skutki podróżowania, lub raczej przemieszczania się – często w nieznane…

Opowieść zaczyna się od początków państwowości polskiej. Stając na oznaczonych punktach można usłyszeć dźwięk języków – tych którzy tę państwowość kształtowali przez wieki: polski, niemiecki, hebrajski, ormiański, litewski itd. Takie nienachalne towarzyszenie dźwiękiem, obecne jest zresztą we wszystkich kolejnych pomieszczeniach. To fajne słyszeć gwizd lokomotywy, syrenę odbijającego od brzegu statku, jakieś fragmenty kultowych filmów (tych a propos)… No i kolejne odsłony: Wielka Emigracja i dzieła tych którzy musieli wyjechać; ucieczka ze wsi do miast by szukać lepszego dla siebie miejsca i tworzenie się miast przemysłowych – tych ziemi obiecanych, w których jak to zwykle bywa większość zamieniała starą biedę na nową; a potem uciekanie przed głodem; wyprawy za Wielką Wodę; potem szukanie bezpiecznego miejsca przed wojną no i w kolejności – przesiedlenia na „ziemie odzyskane” bo ktoś tam na górze „ciut” definicję Polski przesunął…; a potem życie w PRL i pomysły jak się wyrwać; i na koniec stop klatki ze wszystkich zakątków świata gdzie zacumowali Polacy i gdzie spory wkład w krajobraz kulturowy często wnosili. W tej ostatniej odsłonie zabrakło mi Azji. Właściwie pokazany jest tylko Izrael – i bardzo dobrze, ale gdzie np. Chiny, Indie, Syberia itp. Z Afryką też mizernie. W sumie punkt ciężkości położony na Amerykę jedną i drugą oraz Europę.

Wychodzi na to, że gdziekolwiek na świecie byśmy się nie znaleźli to jest szansa usłyszeć język polski i jakieś ślady PL w kulturze lokalnej zobaczyć… Tak zresztą zaczyna się cała ekspozycja. Od wielkiej czarnej perły/kropli rtęci/kapsuły jakiejś – sama nie wiem… a w jej wnętrzu opowieści tych, który chcieli lub musieli wyjechać… Warto tu zaglądnąć będąc przejazdem…

Gori (Gruzja)

Zdarzyło mi się być w bardzo wielu miejscach upamiętniających wielkich tego świata. Głównie byli to muzycy, kompozytorzy, malarze, rzeźbiarz, poeci, pisarze i artyści wszelkiej proweniencji (takie miejsca lubię). Rzadziej – choć też się zdarzało – były to miejsca poświęcone wielkim politykom, przywódcom, ludziom którzy losy świata pchnęli na nowe tory… Dziwnie się jednak czuję, odwiedzając miejsca dedykowane zbrodniarzom. Gori w Gruzji do takich należy. W mieście tym urodził się Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, powszechnie znany jako Stalin. Kim był wszyscy wiedzą – nie miejsce tu by się rozwodzić nad tym jakim był człowiekiem, dlaczego takim się w którymś momencie stał i jak wiele istnień ludzkich zniszczył… Mnie zainteresowało samo miejsce. Gori – miasto, które promuje się na Stalinie. Spory budynek, a w nim pamiątki, zdjęcia (Wyselekcjonowane – takie od młodych lat, i takie z bliskimi, i takie jako władca świata, i takie pozowane jako ojca narodu i przyjaciela dzieci…), zrekonstruowany pokój w którym odpoczywał i ten w którym pracował… I osobiste pamiątki wodza. A na zewnątrz wiejski dom, w którym się urodził w rodzinie… no cóż, takiej jakich wówczas wiele było… i wagon pancerny, którym podróżował bo inaczej się bał… Strach, to swoją drogą uczucie powtarzalne w wypadku ludzi jego pokroju…

Mnie zastanawia coś innego. Mieszkańcy Gruzji i samego Gori właściwie są dumni z tego powodu że „tak wielki człowiek” urodził się właśnie tutaj… Mieszkańcy miasta mocno protestowali nawet gdy chciano usunąć pomnik Stalina stojący przed ratuszem! Widziałam całe rodziny zwiedzające ten przybytek. I wcale nie było na ich twarzach przerażenia a bardziej ciekawość i fascynacja. Jeszcze bardziej dziwili mnie turyści (Europejczycy!). Cześć przechodziła obojętnie – bo taki punkt w programie wycieczki; cześć z przerażeniem w oczach i skrajnymi emocjami… Ale byli też tacy, którzy radośnie podrygując – bawili się przednio (!), robiąc sobie na przykład „selfiki” z popiersiem Stalina, przytuleni doń lubieżnie lub strojąc idiotyczne miny…

Boże broń od zwyrodnialców, którym władza wpadła w ręce… ale też broń, od osób, którym łatwo przychodzi trywializowanie historii… Bo nie o to chodzi by rozpamiętywać. Nie o to też chodzi by zapomnieć. Ale by mieć właściwe, zdrowe patrzenie na to co było, po to by mieć roztropne patrzenie na to co będzie…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑