Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 30 of 86)

Jordania – Wadi Ram

Pewnie każdy ma jakiś pakiet ulubionych filmów, które w nieskończoność możne oglądać – ja też 😊 W mojej pierwszej dziesiątce, bezdyskusyjnie i bezapelacyjnie jest „Lawrence z Arabii”. Świetny kawał filmu! I do tego realizowany był w miejscach, w których naprawdę Lawrence był (ten prawdziwy – brytyjski oficer i bohater Jordańczyków, bo o nim film opowiada).

Część zdjęć było realizowanych w Wadi Ram. To dolina rzeczna w Jordanii, niedaleko granicy z Arabią Saudyjską. Czasem nazywana jest Doliną Księżyca lub Czerwone Góry. I z obydwoma nazwami się zgadzam 😊

Ludzie osiedlali się tutaj od zawsze – i ślady zostawiali 😉 Zachowały się na przykład petroglify Nabatejczyków lub Thamudów. Podobno tutaj sięgało Królestwo Edomu które prężnie rozwijało się między XIII a VI w pne. Ślady Nabatejczyów są też bardziej okazałe miejscami – na przykład ruiny światyni.

Solidnie i precyzyjnie udokumentował i opisał to miejsce Thomas Edward Lawrence. Oficer i archeolog po Oksfordzie i generalnie genialny strateg i tak zwyczajnie dobry człowiek. A i mocno odważny i zafascynowany kulturą, tradycją i dziedzictwem tych terenów. W trakcie I wojny światowej zaciągnął się do wojska i w jednostce Arab Bureau dokumentował, robił mapy i takie tam. O tyle mu było łatwo, że znał świetnie język arabski i jako archeolog znał kulturę obecnej Jordanii.  W 1916 roku zaangażował się bardzo mocno w Powstanie Arabskie. Właściwie dzięki jego negocjacjom i strategii powstanie zostało ponownie ożywione i siły osmańskie wypchnięto. Po wojnie Lawrence napisał wspomnienia a książkę zatytułował „Siedem filarów mądrości”. Tak samo nazywa się formacja skalna w Wadi Ram. Tuż przy Visitor Center – ją pierwszą widać, zanim wyruszy się w głąb doliny. Lawrence iście poetycko je opisał… I wiecie co, wcale mu się nie dziwię, że w tych terenach i tej kulturze się zakochał. Pamiętam scenę z filmu. Gdy ubiera po raz pierwszy strój arabski, zaczyna się czuć prawdziwie sobą, i zaczyna wirować w piasku wśród skał a wraz z nim wirują jego białe szaty… Też miałam ochotę dokładnie w tym samym miejscu stojąc, wirować na wietrze, w piasku i do zawrotu głowy… I wcale się nie opierałam tej chęci… Skutek  – łukiem poleciałam w piach, który miękko mnie przyjął 😉 Poczułam się prawie jak na planie „Lawrence z Arabii”!   

Teraz w wiosce Wadi Ram i okolicy mieszkają głównie Beduini. Można wpaść do nich do namiotu na kawę (albo herbatę – ale ta bardziej dla turystów 😉) i posiedzieć w gościach tak ze trzy dni max. Bo dłużej to już niegrzecznie…

Kambodża – ulice i bezdroża

Ulice miast i bezdroży w Kambodży nie różnią się nazbyt od innych rejonów Indochin – gwar (właściwie lepiej powiedzieć zgiełk, wrzask i to nieustannie na podniesionych rejestrach), dźwięk tysięcy klaksonów samochodów, motocykli, skuterów, itp., itd. – a jak tuk-tuk ma klakson no też go używać należy, trzeba czy nie. Dodajmy do tego wszechobecny zapach gotowanego ryżu, anyżku, trawy cytrynowej… wszędobylskie i przenośne stragany ze – wszystkim, przebijające się przez ten zgiełk dźwięki muzyki – CUDOWNIE!

W tej kwintesencji „zorganizowanego chaosu”, jeden drobny szczegół przykuł moją uwagę – „domki dla duchów”. Najbardziej charakterystyczne są w Tajlandii ale w Kambodży też powszechne i częste. Tak naprawdę trudno znaleźć dom, warsztat, biuro, restaurację, cokolwiek bez tego swoistego opiekuna. To pierwszy „obiekt”, który zostaje postawiony (w dniu „wskazanym przez gwiazdy”) w miejscu budowy. Jest to miejsce w którym duchy (te złe i te dobre) oraz dusze przodków właścicieli posesji mogą znaleźć przytulne schronienie. W ten sposób żyjący zapewniają sobie spokój (od duchów) i szczęście (za ich przyczyną). Oczywiście warto z duchami dobrze żyć, dlatego w „domkach” pojawiają się ofiary. Zwykle ryż, kwiaty, kadzidełka, świeczki. Bez trudu można znaleźć także ofiarowane znaki cywilizacji np. puszki Coca Coli. Magiczne to, zabobonne, orientalne… No tak. Ale mnie na myśl przyszła polska wieś, gdzie przed każdą chatą stałą kapliczka z figurką Maryi, Boleściwego lub jakiś świątek – tak by domostwo od zła strzec…

Wiem, inna religia, inna kultura inne wszystko. Ale jedno niezmienne – Człowiek to jednak homo religiosus.

Kambodża – Angkor

Angkor – gigantyczne połacie historycznego imperium Khmerów. Miasto, które w godzinach szczytu zamieszkiwane było przez ok. milion mieszkańców! Gigantyczne, „ukryte” w dżungli, pełne tajemnic i nawet dzisiaj, wyglądające jak z bajki. Czy można w kilku słowach opisać wrażenia z Angkor – nie. Zatem jedynie kilka klatek:

Do południowej bramy Angkor Tom prowadzi dość szeroki most, na którym przysiadły demony z jednaj a bogowie z drugiej. Prowadzą między sobą odwieczną walkę, przeciągając mitycznego węża Vasuki by zyskać nieśmiertelność. Gdy spojrzy się im przez ramię na przepływającą pod mostem wodę, można mając szczęście, zobaczyć leniwie pływające łódki, Zajęci swoimi sprawami płynący ludzie, zupełnie nie zwracają uwagę ani na wciąż trwająca walkę bogów i demonów, ani na gwarnych turystów.

Anghor Thum to miasto w mieście. Najbardziej znaną jej budowlą jest świątynia Bayon. Wygląda trochę jak gigantyczny wielokondygnacyjny kopiec termitów. Całą bryłę zdobi około 2 tys. głów podejrzliwie spoglądających na przechodniów i gadatliwych (żeby nie powiedzieć wrzeszczących) turystów, którzy za nic mając ostrzeżenia i szacunek dla zabytku, biegają po murach i co bardziej wystających elementach architektonicznych, by zrobić to najpyszniejsze ujęcie – zdjęcie które wzbudzi zachwyt sąsiadów. Podobno świątynia jest odbiciem mistycznej góry Meru. Tego nie wiem – wiem natomiast, że czuje się wyzwanie chwili wchodząc na szczyt. Samo wejście nań jest nie lada wyzwaniem – Bayon to przecież labirynt przejść, przesmyków, schodów, itd. itp.

Ach i jeszcze Ta Prohn, gdzie o palmę pierwszeństwa walczy dżungla i architektura. Dzieło rąk Boskich i dzieło rąk ludzkich. Przenikają się dwie harmonie tworząc nieziemski dwudźwięk. Podobno świątynia ta jest słynna głównie z tego powodu, że kręcony tutaj był film z Angelina Jolie. O 35 tonach srebra, diamentach i perłach ukrytych w świątyni nikt już nie pamięta. Przykro mi, filmu nie oglądałam, a skarby? Największym jest drżenie z emocji i ciarki na plecach gdy odkrywa się coraz to nowe zakątki tego dualizmu natury i sztuki.

Kambodża – Angkor Wat

Angkor Wat to największa i najbardziej imponująca budowla w całym kompleksie. I to nie tylko ze względu na rozmach, rozmiar, zdobienia itd. Największy podziw wzbudza myśl architektoniczna twórców!

Na przestrzeni ok 2 km2, wzniesiona na planie prostokąta, powstała w pierwszej poł XII wieku. To bodaj największa budowla sakralna świata! Całość otacza fosa o szerokości ok 200 m. Do środka prowadzą mosty i bramy, po których swobodnie mogły się poruszać słonie (to nie figura retoryczna. Po prostu w ceremoniach te zwierzęta brały udział). Największy podziw (przynajmniej mój) budzi sam pomysł na okiełzanie podmokłych gruntów – bagien właściwie. Przecież zaprzecza to logice! Woda nie jest sprzymierzeńcem dla architekta gdy ten ma wznieść gigantyczny budynek i zrobić to tak by się nie zawalił mimo przybierającej wody w porze deszczowej i osuszaniu podłoża w porze suchej. Ale to tak już bywa, że wszyscy wiedzą iż się nie da i potem przychodzi ktoś kto o tej prawdzie nie wie i… wykonuje to co się nie dało zrobić. Angor Wat zbudowano na „pontonie”! A precyzyjniej – zastosowano system kanałów uzupełniających lub odprowadzających wodę, by zachować stałość podłoża.

Najwyższa wieża ma 65 metrów. Prowadzą na nią strome schody. I… imponująca jest. Zwykle unikam wspinania się na takie konstrukcje. Jestem z tych co uważają, że z dołu też dobrze widać. Tym razem uległam pokusie. W połowie schodów już żałowałam decyzji – wysoko! Momentami zamykając oczy dotarłam jednak (samodzielnie – z czego dumnam jest!) do najwyższego punktu Angkor Wat. Całość świątyni ma symbolizować wszechświat (i przejście do sfery duchowej) a najwyższa wieża górę Meru – gdy popatrzyłam z góry pomyślałam – to prawda…

Nie dziwi mnie, że właśnie wieża Angkor Wat znalazły się na fladze Kambodży!

Kambodża – Banteay Srei

Twierdza Kobiet – brzmi intrygująco. Właściwie to Banteay Srei, ale Twierdza Kobiet bardziej ekscytująco brzmi i uruchamia wyobraźnię. Kompleks stanowi jedną z części Angkor. Świątynia poświęconą Hindu i Śiwie, wzniesiona została podobno z inicjatywy dwu braci Yajnavaraha i Vishnukumara z kasty Ishanapura. Cała koncepcja architektoniczna jest w trójpodziale. Zbudowana z czerwonego piaskowca. Jak na Angkor – niewielka gabarytowo. Ale nie to istotne. Czerwono – ceglasta świątynia to maestria sztuki zdobniczej. Koronkowe dekoracje wykute w piaskowcu przyprawiają o zawrót głowy. I wcale się nie dziwię, że w świątyni tej takie mnóstwo apsar (stąd nazwa). Wszak kobiety – zwłaszcza jeśli są boginiami, cenią sobie piękno otoczenia! Mnóstwo koronkowych płaskorzeźb i reliefów zdobiących portyki; cudowne roślinne i zoomorficzne zdobienia pokrywają całe ściany. Całe stado kamiennych zwierzaków, bo i słoń Ajrawata i gromada małp. Ale też bogowie spacerują. Natknąć się można na Śiwe i jego żony Ume, boga Wisznu pod postacią Naraszimhy, demona Hiranyakashpi itd. itd. Świątynia leży raczej na uboczu, ale ze wszech miar warto! Za każdym zakrętem pojawiają się nowe zaskakujące miejsca, wieloplanowe perspektywy, zakamarki – cudownie!

A gdy się wyjdzie już poza mury świątynne, natknąć się można na muzykujących w pojedynkę lub grupowo mężczyzn. Muzykujących (dla europejskiego ucha) to zbyt wiele powiedziane. To raczej rytmiczne dźwięki z melorecytacją. Ale wibracje i rytm uruchamiają emocje i zmysły… a zapach, upał i widok – potęgują doznania…

Kambodża – Phnom Penh

Angkor niezaprzeczalnie wprawia w zachwyt! Lecz przepiękne ale dość ponure w barwie mury mogą wprowadzić w błąd. To prawie tak jak wyobrażenie starożytnej Grecji w kolorze ecru. „Barwna” myśl pojawia się gdy zabłądziłam gdzieś na boczne trasy Angkor War gdzie widać jeszcze resztki polichromii. Jak to musiało wyglądać gdy polichromie błyszczały w słońcu… I okazało się, że nie koniecznie trzeba uruchamiać wyobraźnie. Wystarczy odwiedzić pałac królewski w Phnom Penh. Ja wiem, kilkaset lat różnicy ale – żółcienie, burgundy, szmaragdy, srebro i złoto, wszystko błyszczy i wybucha kolorami. Najbardziej reprezentacyjne miejsca to sala tronowa lub bardzo europejski pawilon Napoleona. Mnie najbardziej wzruszył Wat Preah Keo Morokat popularne zwany Srebrna Pagodą – przy czym srebra nie wiele tam widać. Nie znaczy, że go nie ma! Przykryty dywanikami i bieżnikami by turyści nie zadeptali. Srebro srebrem ale i tak największą uwagę przyciąga „szmaragdowy budda” wykonany z jadeitu. 🙂

I miło jest spacerować wśród najbardziej wyszukanych form architektury. Tylko jak nieznośna mucha pojawia się czasem myśl – kto tu jest monarchą…

Kambodża – Tonle Sap

Wioska na wodzie. Takich wiele wokół brzegów jeziora Tonle Sap. Pomiędzy nimi przypływają łodzie z turystami żądnymi wrażeń, chętnie fotografującymi życie mieszkańców. Często zdziwieni, jeszcze częściej ubolewający nad losem „biednych” mieszańców. Atrakcja turystyczna jak malowanie! Wystarczy jednak przysiąść się , porozmawiać z mieszkańcami , wpaść w odwiedziny, by okazało się jak bardzo pozory mylą. Do domostw (lepszych lub gorszych – jak kogo stać) podpływają łodzie – sklepy, w wiosce można popłynąć do świątyni buddyjskiej, jest też meczet a nawet kościół katolicki. Jezuici prowadzą tu misję i szkołę. Przy domach na wodzie pływają ogródki – skąd świeże do posiłku sałatki. Niektórzy hodują krokodyle, inni zajmują się wożeniem turystów, sprzedażą pamiątek (także wykonanych ze skór tych wyżej wspomnianych zwierzaków). Można też ku uciesze turystów sprzedawać mięso z krokodyla (nic smacznego, suszone niewielkie kawałki. Przeżuć trudno ale turysta kupi). Do domu zasadniczo nic nie wpełźnie, a obiad może przypłynąć. W sumie sporo zalet. Ja wiem nie jest to wyrafinowana zabudowa i dość prosty sposób życia. Ale czy w życiu o to chodzi by opływać w dobra materiale? Tak czy tak przedziwny to dualizm. Z jednej strony zadowoleni turyści – bo doświadczyli czegoś tak odmiennego, pozornie zaglądając mieszkańcom do domów, Zadowoleni mieszkańcy bo przepływające statki z turystami, zatrzymującymi się na pływającym sklepie z pamiątkami to dobry dochód. Czyli w sumie… Dobrze jest…

Litwa – Kiejdany

„…Kmicic zamilkł, ale ostatnie słowa księcia nie rozproszyły ciemności, jakie obsiadły jego umysł, i próżno pytał sam siebie, co może grozić w tej chwili potężnemu Radziwiłłowi? Wszakże stał na czele większych sił niż kiedykolwiek. W samych Kiejdanach i w okolicy stało tyle wojska, że gdyby był książę miał podobną potęgę, zanim pod Szkłów ruszył, los całej wojny wypadłby niezawodnie inaczej…” Wiem, skażona Sienkiewiczem jestem paskudnie… I wybornie się z tym czuję!

Kiejdany kojarzą mi się nade wszystko i głównie z sienkiewiczowskim „Potopem”. Zawsze gdy tu jestem przed oczyma stają mi sceny z Kmicicem i ze zdradzieckim Radziwiłłem w roli głównej. A że sympatię do Kmicica mam wielką (nie wiedzieć czemu Kmicic, Bohun a nawet trochę Azja Tuhajbejowicz fascynują mnie od lat) stąd zawsze gdy w Kiejdanach przyjdzie mi stanąć – i słowotok mi się zmienia na ciut staropolski, i rogata sarmacka dusza żwawiej o sobie przypomina… Skażona Sienkiewiczem jestem paskudnie. 🙂

A co w realu w Kiejdanach słuchać? O Kiejdany dbał ród Kiszków a potem Radziwiłłów a jeszcze potem Czapscy. Nade wszystko centrum kalwinizmu rzeczypospolitej tu było. Zbór kalwiński (XVII w.) do dziś zresztą można zobaczyć. Przy okazji zwiedzania tej monumentalnej świątyni nie sposób nie odwiedzić krypty Radziwiłłów. Wiem, wiem… Ale jednak jeden z najznamienitszych rodów Najjaśniejszej to był. Oprócz zboru kalwińskiego jest tu też zbór luterański, kościół katolicki, klasztor karmelitów, cerkiew prawosławna, synagoga – taki komplet, jak w całej Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

PS

Kiejdany to także centrum uprawy ogórków. Jako pierwsi uprawy te zaczęli lokalni Żydzi, handlując ogórkami nie tylko w całej Litwie ale i docierając ze swymi ziemiopłodami do obecnej Łotwy.

Litwa – Wilno

Hmmm…. Są takie zakątki świata, które poetycko brzmią w każdym zakamarku. Tak mam, że czasem coś tam zapamiętuję zapachem, czasem światłem, czasem dźwiękiem… a czasem poezją lub literaturą. I Wilno – literackie właśnie. No jak inaczej może być skoro za każdym zakrętem jak nie „Pan Tadeusz” to „Dziady” szepczą… Ale w sumie to nie tylko poetycko jest w Wilnie. Tak jakoś… czy ja wiem… swojsko chyba. Toż historia Litwy i Korony trochę lat miała. Zdążyło się artefaktów nazbierać. Wilniuki przecież takie… no właśnie – swoje są… A jak sobie człowiek uświadomi, że z Wilnem to i Mickiewicz i Miłosz i Konwicki i Moniuszko i Piłsudski i Skarga i Słowacki i Heifetz i Gałczyński itd. itd. itd. To jak nie ma być swojsko?

Bardzo sakralnie. Pewnie ponad siedemdziesiąt kościołów różnych religii tu wzniesiono. I to tak od gotyku do zupełnie współczesnych. Oczywiście prym wiedzie Ostrobramska i obraz Miłosiernego. Kiedyś już wspominałam. Lubię po cmentarzach łazić. A tu – cmentarz na Rosie. Ile tu nazwisk znanych z podręczników, literatury, muzeów… Ech… Właściwie od XV wieku tu grzebano zmarłych ale dopiero w XIX stał się miejskim cmentarzem.

A i też muzycznie w Wilnie. Koncerty, opery – zwłaszcza od XVIII wieku – rozkwitały. Dobrych kilkanaście lat Moniuszko tu miał żółtą koszulkę lidera, a i „Halka” pierwszy raz właśnie w Wilnie została wystawiona. Na początku XX wieku działały w mieście dwie niezłe szkoły muzyczne: polska i żydowska.

A z imprez? Warto Wilno odwiedzić gdy Jarmark Kaziukowy. Czegóż to na straganach wtedy nie ma! I serca piernikowe i rarytasy wszelakie. A kto woli muzycznie – to w trakcie „Festiwalu Wileńskiego” – wtedy symfonicznie jest. Jest też Festiwal muzyki dawnej i współczesnego tańca i kilka filmowych. No generalnie dzieje się.

Tylko kulinarnie jakoś tak nie do końca. To znaczy dla mnie. Kuchnia wileńska nie jest moją ulubioną. Ale to indywidualny gust. 😊 Chociaż ciemny chleb i jagnięce kibiny – to jest dooobre. To mogę z przyjemnością przyjąć do organizmu. 😊

Łotwa – Agłona

Piękny jodłowy las…. I stąd nazwa – Agłona. Właściwie – szczere pola, zupełnie niczego sobie jeziora Egles i Cirišs, piękny las i tyle… No nie… Jest jeszcze w tym rzeczonym szczerym polu kompleks klasztorny, bielą odbijający się od szaro-zielonego pejzażu. Dominikanie „biali” tam osiedli to i zabudowania bielą śnieżna odcinają się na horyzoncie. Skąd znany – ano w XVIII wieku powstał tam kościół dla opieki nad wizerunkiem – Maryi na desce… Królowa Inflant! Matka Boża z kwiatem… (Maria trzyma gałązkę róży z trzema kwiatami – symbol tego, że była dziewicą przed – w trakcie ciąży – i po urodzeniu Jezusa) Sam wizerunek znany był szeroko a i sanktuarium sławą słynęło mocną. Pod koniec XIX wieku odszedł do wieczności ostatni z kustoszy dominikańskich. Potem zorganizowano tu więzienie dla księży, a teraz to po prostu jedno z ważniejszych sanktuariów katolickich i maryjnych na Łotwie. Sama świątynia – no biała… Ale wnętrze w baroku włoskim. I ołtarz faktycznie cudny i złoty, ale ta dominująca biel… i na zewnątrz z daleka widoczna jak latarnia, i w środku rywalizuje (co nie łatwe) ze złotem.

No… różnie mi się zakątki świata w pamięci odcisnęły. Czasem zapachem, czasem dźwiękiem, czasem powiewem wiatru lub promieniami słońca łaskoczącymi policzki. Agłonę pamiętam kolorem… Taka… biała plama w pastelowej oprawie.

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑