Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 27 of 88)

Indie – Mehrangarh

Twierdza Mehrangarh z widokiem na Jodphur – błękitne miasto. Ech… generalnie te pałace / twierdze w Radżastanie wymiatają… Ta jest jedną z największych. Fakt – robi wrażeni moooooonumentalne! Sam widok murów obronnych zniechęcał myślę do walki… (choć tak naprawdę atakowany był wielokrotnie – ślady kul do dziś widać). Skała przechodzi w mur gruby na ponad 20 metrów a wysoki do 40! Jest wrażenie – jest moc… Metryczka twierdzy – połowa XV wieku. Potem w XVII/XVIII – kolejny radża dobudował Fateh Mahal (pałac zwycięstwa). Obecnie – to muzeum. Po zachłyśnięciu się i lekkim wręcz przytłoczeniu ogromem sterczących w niebo murów, zaczyna się wsiąkać w błyszczące i skrzące się zakamarki i korytarze, sale, pokoje… A pomiędzy nimi dziedzińce z fasadami udekorowanymi ażurowymi koronkowymi. Jedna z sali ma ściany wyłożone zbitymi w proch muszlami i odbijającymi wpadające światło niewielkimi lusterkami (setki ich…). W kolejnych pomieszczeniach – kolekcja broni i zbroi, potem lektyki w kilku wersjach (taki garaż z wypasionymi brykami… 😉)

Wszystko cudne… Ale widok…. U stóp – błękitne miasto, nad głową błękit nieba… Mmmm…. I jak tu na jakiejś puchatej chmurce bajecznie nie przycupnąć w rozmarzeniu…

Indie – Nowe Delhi

No jak na Śląsku! Człowiek z miasta do miasta przejdzie nawet nie zauważy… Nowe Delhi to osobne miasto, ale konia z rzędem temu kto zauważy, że właśnie przeszedł z Delhi do Nowego Delhi. 😉 Jednym z częściej odwiedzanych, a i atrakcyjnych turystycznie, miejsc w mieście jest kompleks grobowy Humajuna, tego z dynastii Wielkich Mogołów. Grobowiec zaczęto wznosić w połowie XVI wieku, niebawem po śmierci władcy. I w sumie dość szybko się z tematem uporano bo w jakieś kilkanaście lat (przy czym główny grobowiec był gotowy po ośmiu latach)! Prawdopodobnie Humajun, nie dowierzając pewnie zbytnio krewnym i powinowatym, sam sobie grobowiec zaprojektował. Ale wdowie, tzn. pierwszej żonie Haji Begum (według innej wersji to ona była główną inicjatorką wzniesienia grobowca) trzeba oddać, że budowy dopilnowała należycie! Bryła mauzoleum głównie z czerwonego piaskowca (pierwszy raz na taka skalę wykorzystano ten budulec w mauzoleum) ze zdobieniami z białego marmuru. Cudnie wygląda i monumentalnie. I jak to zwykle teraz w takich przypadkach zdecydowanie piękniejsza na zewnątrz niż w środku. Wewnątrz – ascetycznie… Pewnie po to by nadmiar zdobień, chaosu jakiegoś i zgiełku nie wprowadził i nie zakłócał odpoczynku… To znaczy… Teraz tak jest. W zapiskach XVII wiecznych podróżników i kupców, wnętrze opisywane było jako kapiące przepychem. Takie koleje losu…

Dookoła perskie ogrody. Kiedyś był to kompleks czterech ogrodowych kwadratów. Całość z szumiącymi czterema wodnymi kanałami miała sugerować Rajski Ogród i płynące w nim cztery rzeki. Mocno zniszczone przez koleje losu, przywrócono do dawnego zamysłu na początku XX wieku, ale chyba trochę według własnego widzi mi się. W całym kompleksie oprócz rzeczonego no i najważniejszego mauzoleum, jest kilka innych budowli. I zaznaczam – równie urokliwych. Na przykład grobowiec i meczet Isa Chana. Trochę jakby z boku za bramą (by ją przejść trzeba się wspiąć po kilku stromych i lekko rozwalonych schodach). W sumie to budowla ciut starsza od głównego mauzoleum. I chyba niektóre zdobienia architektoniczne z tego grobowca skopiowano w tym Humajuna. Albo Nila Gumbad o niebieskiej kopule, lub czerwony grobowiec Afsarwala. Generalnie ładne miejsce. Przez gwar może nie nastraja jakoś mocno w zadumę, do której w Europie jesteśmy przyzwyczajeni w miejscach sepulkralnych… ale kto w sumie powiedział, że nostalgia jest najlepszym z nastrojów przy odwiedzinach na granicy światów…

Indie – Pokaran Fort

W Radżasthanie wiele historycznych fortów… I w wielu z nich obecnie działają nie najgorsze hotele! Pokaran Fort jest jednym z takich miejsc. Pokaran znaczy tyle co „miasto pięciu miraży”, może dlatego że dokoła otacza go pustynia Thar. Nie ma najlepszej sławy. To miejsce gdzie odbywały się pierwsze podziemne próby jądrowe w Indiach… Być może dlatego na forach pojawiają się przestrogi by… raczej tam nie nocować a i przebywać możliwie krótko. Sam Fort powstał w XIV wieku jako główna siedziba klanu Rathores. Pierwotnie nazywano go Balagarh. Odbywały się tutaj znane targi bydła i wielbłądów. Fort słynął też od zawsze z gościnności. Podobno zatrzymywali się w nim nawet sami chanowie Mogołów. Obecnie Fort jest otwarty dla zwiedzających a działający w nim hotel prowadzi jedna z rodzin radżów. Dobrze (nie tylko dla turystów), bo Fort leży nieopodal dwu miejsc pielgrzymkowych – świątyni Jain (Dżinizm) oraz Ramdeoji (Hinduizm). W Pokaran zatrzymują się nie tylko ludzie. Upodobały sobie to miejsce setki żurawi, cietrzewi i reszty ptactwa wędrującego. A! i co ważne! W forcie jest BIBLIOTEKA!!!! 😁

Indie – Pushkar

Pushkar – to tam czci się boga Brahme. Jedyna chyba w Indiach i jedna z bardzo niewielu na świecie świątyń dedykowanych temu bogu. Podobno Brahma upuścił w tym miejscu płatki lotosu (puszpa). Trzy jeziora powstały w miejscach gdzie płatki dotknęły ziemi. Według innego podania Brahma nad tutejszym jeziorem planował dokonać obrzędu samounicestwienia. Jednak jego żona Saraswati spóźniała się. Zniecierpliwiony Brahma poślubił inną kobietę. Saraswati, mimo że bogini przebaczenia i mądrości – w ramach zemsty rzuciła urok. Brahma odtąd czczony miał być tylko tutaj – w Pushkar. Hmmm…. choć zamieszanie spóźnieniem wywołała, w klątwach widać zasadniczo (choć nie do końca 😉 ) była skuteczna… Samo jezioro uważane jest za święte i mające moc uzdrowień. Urokliwie otaczają go wokół ghaty. Pielgrzymują tu nie tylko hinduiści ale i wyznawcy dżinizmu i sikhowie. Ośrodków kultu było tu sporo ale do XVII wieku – gdy muzułmanie pozwolili sobie zrównać z ziemią większość z nich. W XX wieku odbudowane ale… Wspomniana świątynia Brahmy pochodzi z XIV wieku choć początki jej sięgają znaaaaacznie wcześniejszych wieków daleko przed naszą erę. W środku posąg Brahmy i jego drugiej żony. Cała świątynia – z marmuru. Byłam w tej świątyni na jednym z obrzędów, w środku nocy. Przycupnęłam gdzieś z boku by nie przeszkadzać modlącym się ludziom… Hmmm…. wielobarwny tłum przetaczał się przez niewielki dziedziniec, jakieś gongi, śpiewy, melorecytacje, ostry mocny korzenny zapach jakich kadzideł… Indie często wirują we wspomnieniach dziwnym „miksem” kolorów, zapachów i dźwięków…

Indie – Radżastan

Indie to kraj skrajności. Nie inaczej jest w Radżastanie. Pustynia i półpustynia i pustynia i półpustynia itd. itd., i pośród tej pustyni forty – pałace panujących tu Radżów. Mimo pustynnego (czytaj buro beżowego) pejzażu jest to chyba najbardziej kolorowy rejon Indii. Całe miasta mają swoje kolory: Dżodpur jest cały różowy, Udajpur – błękitny, a Dżajsalmer kapie złotem. Kobiety, nawet wykonując codzienne fizyczne prace domowe ubrane są w nieziemsko kolorowe sari i obwieszone biżuterią. O książętach, radżach i mahariniach innym razem. Tutaj wspomnienie ulic i bezdroży. Jak na Indie – to właściwie czystych. Wiem oko Europejczyka gdy zerknie na zdjęcia – nie uwierzy ale jak na standardy Indii – czysto tu. I wcale nie myślę o wciąż myjących się Indusach – tutaj po prostu w sumie jest schludnie. Nawet placki krowie przygotowane na opał są poukładane w ażurowe sterty. Na ulicach pełno (co oczywiste) krów. Myli się jednak ten kto myśli, że są bezdomne. Ani one bezdomne ani święte. Każda z nich ma właściciela ale puszczone są luzem, bo po co zwierzę stresować. Niech łazi gdzie mu dobrze! Często łazi pomiędzy autami bo spaliny skutecznie odstraszają kąsające muchy. Przy drogach kwitnie handel, drobny przemysł, zawody które dla Europejczyka wyglądają niczym wyciągnięte ze skansenu – na przykład napędzany siłą krowich mięśni wodne młyny lub studnie. Tu czynności te nie są wykonywane dla uciechy turystów (choć zawsze można się załapać na pomocnika. W swoim nie profesjonalizmie usiadłam na zydelku tyłem do przodu. Mała dziewczynka serdecznym śmiechem i kategorycznym gestem podpowiedziała mi na szczęście jak należy się zachować!). Pracuje się bo jest potrzeba. Niezależnie od tego czy to miasto, wieś, bezdroża czy inny twór – reklam tu gigaaaantycznie dużo. W wielu przypadkach konstrukcja domu się na nich trzyma. Przy drodze zawsze można coś zjeść, pogadać, wymienić życzliwy uśmiech szczęśliwych ludzi…

I jeszcze jedno. Myślę sobie, że w Indiach, dla osób zmotoryzowanych, najważniejszym elementem pojazdu jest KLAKSON. Takie drobiazgi jak koła, kierownica itp. są zasadniczo drugorzędne. Podejrzewam nieśmiało, że nawet krowa zaprzężona do wozu też ma gdzieś wmontowany klakson. Przy czym szczegółów tej konstrukcji wolę nie znać! 🙂

Indie – Ranakpur

Na zboczach gór Arawalli kusi swoim pięknem największy kompleks świątynny dżinizmu – Ranakpur. To zespół położonych blisko siebie kilku świątyń. Największa z nich Chaumukha Mandir (świątynia czterech twarzy) wzniesiona została z białego marmuru. To labirynt blisko 30 sali, 80 kopuł nakrywa świątynię a całość podtrzymuje 1444 filary – i każdy inaczej zdobiony! Wewnątrz cztery posągi patrzą szeroko otwartymi oczyma na wiernych i zwiedzających. Ale nie wolno im spoglądać prosto w oczy! To nazbyt zuchwałe. Służba świątynna dyskretnie zwraca uwagę zbyt nachalnym turystom chcącym błyskać fleszem prosto w twarz boga. Nie zadawać cierpienia żywym istotom – to jedna z zasad dżinizmu, dlatego przed wejściem do świątyni należy zostawić nie tylko buty (co oczywiste) ale też wszystko co wykonane jest ze skóry zwierząt – paski do zegarka, portfele itp. Ta zasada na tyle restrykcyjnie jest przestrzegana, że mniszki noszą na twarzy maseczki (podobne do chirurgicznych) by przypadkiem nie połknąć jakiegoś np. komara, a miotełką zamiatają przed sobą drogę by nie nadepnąć na jakąś mrówkę. Czasem można spotkać tu owe mniszki ubrane całkowicie na biało lub mnichów ubranych – jedynie w modlitwę… Zawsze liczyć natomiast można na wszechobecne małpy – czasem fakirki. 😉 Jak na Indie bardzo tu cicho i w sumie pustawo. Można spokojnie zanurzyć się we własnych myślach… A anturaż temu służy…

Indie – Thar

Ostatnio ktoś powiedział mi, że gorące i gwarne kraje nie służą przemyśleniom i podejmowaniu życiowo ważnych decyzji. To prawda! Do takich, lepszy jest chłód północy lub filozofia dalekich krańców Azji – i w komplecie długie wieczorne rozmowy albo równie długie pomilczenie sobie.

Przypomniało mi się jednak miejsce, które w świadomości wielu jest kwintesencją rozmyślania, medytacji, przygotowywania się na nowe… PUSTYNIA. Ta, o której pomyślałam to Thar czyli Wielka Pustynia Indyjska. To taka „prawdziwa pustynia”, nie żadne kamieniste pustynie Izraela lub ilaste – Iranu. To taka pustynia, że pustynia! Jest cudowna. Idealny w barwie i konsystencji piasek przesuwa się pod stopami. Piach układa się w barchany a wiatr szybko zaciera ślady stóp intruzów, którzy swoją obecnością chcą zakłócić harmonię miejsca. Gigantyczna kula słońca wisi nad horyzontem i wieczorową porą ogniście toczy się po nim. Taki klimat, że tylko jakiegoś Lawrence brakuje (wiem, wiem! Nie ta pustynia, nie ten klimat i nie ta historia! Ale każda z pustyń, zawsze przywołują mi w pamięci ten film ;)). I to na tyle jeśli chodzi o klimat do medytacji – bo… Podobno Thar to jedna z najbardziej zaludnionych pustyń świata. Nie wiem czy tak jest ale faktycznie doświadczyłam tłumów! Najpierw przydługa droga. OK na grzbiecie wielbłąda, ale to nie jest najwygodniejszy z możliwych środków lokomocji. Bydle człapie powoli ale chybotliwie, a siodła, cóż… A potem dzikie tłumy czekające hałaśliwie na zachód słońca. Lokalni przewoźnicy nawołują i kłócą się o turystów. Ktoś gra na instrumencie niewiadomego pochodzenia (gra – to za wiele powiedziane. Raczej wydaje dźwięki.). Nawet „mój” wielbłąd miał dość i rozłożył się cielska tobołem. 🙂

Lubię pustynie wieczorową porą, ale na podejmowanie życiowych decyzji lepszy chłód północy lub krańce Azji…

Indie – Udajpur

Udajpur dawna stolica Mewar. Miasto założone zostało w XVI wieku przez maharanę Udaj Singha. W czasach kolonialnych nazywane było „najbardziej romantycznym punktem na kontynencie indyjskim”, lub „Wenecją Wschodu” (ostatecznie leży pomiędzy trzema jeziorami). Z obydwoma – się zgadzam! Urocze są tu i zachody i wschody słońca (zwłaszcza nad wodą…) ale i poplątane uliczki i zaułki z milionem sklepików oraz lokalnych wytwórni – hmmmm… wszystkiego. Miasto słynie co prawda z malarstwa miniaturowego na płótnie, jedwabiu i kości, ale i inne rzemiosła bez trudu się odnajdzie. No ładnie po prostu. Ale i architektonicznie miasto uwodzi swym urokiem. Otoczone było murem obronnym, z którego do dziś niewiele się zachowało, raptem jakaś brama i fragmenty wyższych fortyfikacji. Mrowie pałaców i haveli – a oprócz nich świątynie. Do świątyni Kesariya prowadzą strome wysokie schody. Ileż tam jest dekoracji, płaskorzeźb, zdobień, kwiatów porozsypywanych… Jest też świątynia Jagdish zbudowana w roku 1651 przez maharanę Dźagata Singha– chyba główna atrakcja turystyczna miasta. W środku – ciekawe figurki Wisznu wykute w czarnym kamieniu. No i budowany przez czterysta lat pałac miejski. Chyba największy w Radżasthanie. Ileż tu wieżyczek, kopuł, balkonów, wykuszy… no i koronkowo przysłonięte misternymi kamiennymi zdobieniami okna… Do pałacu wchodzi się słynną bramą Bari Pol. Tutaj władca się ważył – i rozdawał ludowi tyle złota ile na wadze mu wyszło. W interesie poddanych było zatem dbać o „dobry wygląd” maharana. 😉 Bram zresztą – pięknych, w kompleksie pałacowym generalnie nie mało. No urokliwie – i basta.

Właściwie to nie dziwię się, że Bollywood upodobało sobie Udajpur jako przestrzeń do realizacji filmów… James Bond – też tu w sumie był… Hmmm… Nadaje się! 🙂

Indie – Udajpur, romantycznie

Czasem jakieś rejony świata kojarzą mi się z zapachami. Wietnam pachnie rozgotowanym ryżem, Egipt – pyłem, Tajlandia przyprawami smażonych i grillowanych na ulicy potraw (często mięska nieznanego pochodzenia 🙂 ). A Indie? Indie nie pachną. To znaczy kojarzą mi się z zapachem ale jego zdefiniowanie dalekie jest od określenia „pachnie”… Są kolorowe, gwarne, przyprawiające o zawrót głowy – ale nie pachnące! Nie znaczy to, że nie można odnaleźć komfortu ciszy, uroku otoczenia, relaksu, i… jednak zapachu kwiatów! Udajpur to jedno z bardziej znanych miast Radżastanu i podobno jedno z bardziej romantycznych miast Indii. Kilka tu miejsc i uroczych, i pachnących, i… romantycznych. Pierwsze z nich to jezioro Pićhola. Popularnością cieszą się rejsy po jeziorze. Bo i otoczenie pałacu miejskiego i szeregu rezydencji oraz hoteli, które wypełniają brzegi jeziora w przyjemny wprowadza nastrój, zwłaszcza o zachodzie słońca i rankiem. A jeśli dodamy, że jak na standardy Indii – woda w sumie czysta… To cudownie jest. Zatrzymać się można na chwilę dla rozprostowania kości na przykład w Jagmandir lub wyspie Jagniwas. To urokliwe miejsce, gdzie uszczęśliwianie małżeństwem przebiega niemal taśmowo. I nawet krokodyla mają – jakby żywcem z Fredry. 😉 Kto woli zacisze parku, winieni odwiedzić Saheliyon-ki-Bari czyli słynny ogród Dam Dworu. Kwitnąco tu i przyjemnie chłodno (fontanny uruchamiające się na dźwięk to cudowny wynalazek!) Ach, i zamknięty, strzeżony przed wzrokiem niepożądanym basen, gdzie panie zażywać przyjemności kąpieli mogły… Ogród założony został w XVIII wieku rzez Maharana Sangram Singh dla księżniczki Sahelion Ki Bari i jej dam, by w spokoju od zgiełku życia pałacowego mogły zażywać odpoczynku. Jak chcą legendy ogród zaprojektował sam Maharadża. No…, romantycznie jest…

Italia – Asyż

Kocham Italię!!! No po prostu – kocham i już. 😁 Lubię włóczyć się bezdrożami Toskanii, Umbrii czy Kalabrii… Lubię wieczorową porą sączyć jakieś choćby lokalne „da tavola”… a gdy jeszcze w tle na przykład Verdi lub jakieś standardy pieśni neapolitańskich – dzieje się wtedy flow (lub jak kto woli chwila szczęśliwości 🙂 )

Do Asyżu zwykle wpada się na dwie godziny i dalej w drogę. Też tak często robiłam. Ale kiedyś zdarzyło mi zamieszkać tam na chwilę. Był czas żeby połazić wąskimi krętymi uliczkami, pełnymi zaułów (i schodów!), urokliwymi zakamarkami miasteczka, przysiąść tu i ówdzie… no miło było. Punkty obowiązkowe znałam na pamięć: bazylika św. Franciszka z gigantycznym nagromadzeniem na metr kwadratowy prac Cimabue, Giotta i Pisano, bazylika św. Klary ze słynnym krzyżem San Damiano, Katedra św. Rufina z boskimi rozetami. I nie będę zapewne jakoś mocno oryginalna gdy powiem, że XIII wieczna bazylika Franciszka najbardziej mi się podoba. W dwa lata uporano się z budową kościoła dolnego, a cała reszta łącznie z klasztorem kilka lat więcej zajęła. W krypcie pod ołtarzem pochowano (przeniesiono właściwie z poprzedniego miejsca) ciało Franciszka i początkowo umieszczono w przeszklonej trumnie. A potem wiele lat już poświęcono dopieszczaniu estetycznemu wnętrza i ubieraniu go we freski przeróżne i inne takie. W 1997 roku Asyż nawiedziło bardzo mocne trzęsienie ziemi. Wiele czasu zajęły odbudowy i naprawianie szkód. Zawaliło się wtedy też sklepienie (fragment) w kościele górnym. I wiecie co? Włosi poskładali na powrót te puzzle! Trwało to kilka lat (do 2006 roku) ale poskładali…

Ale, tym razem czasu było więcej więc któregoś dnia wybrałam się na zachód słońca na Rocca Maggiore. Ależ to były kolory!!! Z wysokości wzgórza zamkowego całe kamienne miasto płonęło czerwienią, oranżami i żółcieniami zachodzącego słońca… A płomienistość wrażenia podkreślały jęzory cyprysów smaganych wiatrem… hmmm…

Innym razem, już w środku dnia poszłam na spacer do San Damiano. Zaleta tego miejsca taka – że nawet w rzeczonym środku dnia niewielu tu turystów zagląda. Sam klasztor (klasztorek właściwe) ukryty w oddali, cichy… a może zasłuchany… Do klasztoru idzie się dość sługą drogą, aleją, biegnącą przez połacie gaju oliwkowego. To był nagrzany słońcem upalny dzień. Zapach drzew oliwkowych powalał. W uszach brzmiała symfonia cykad. A gdzieś na końcu alei majaczył niemal San Damiano – nadzieja na ochłodę w upalny dzień i odpoczynek od skwaru…

To było kilka lat temu. Ale gdy dzisiaj przypominam siebie te spacery uliczkami Asyżu – jakoś tak samo w uszach mi zaczyna brzmieć:

„Dolce è sentire

Come nel mio cuore

Ora umilmente

Sta nascendo amore..”

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑