Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 25 of 87)

Indie – Deshnok

Świątynia szczurów w Deshnok niedaleko Bikaneru to dość wyjątkowe miejsce. To świątynia hinduska gdzie szczury nogi podkładają. Są ich tutaj setki. Łażą po ścianach, pełno ich na korytarzach i dziedzińcach… Nie boją się ani pobożnych pielgrzymów, ani zdziwionych i zainteresowanych turystów. Z gracją kosztują wodę wystawioną tu i tam w okrągłych misach, lub degustują pozostawiane dla nich kąski. Czasem po prostu leniwie prezentują się, lub biegną gdzieś w swoich sprawach. Skąd się wzięły? W świątyni czczona jest Karni Mata – to jedno z wcieleń bogini Durgi. Urodziła się 1387 w niewielkiej wiosce. Była ascetką, słynęła z mądrości i dobroczynności. Dokonywała licznych cudów. Gdy utonął jej syn (niektórzy twierdzą, że siostrzeniec) – chciała przywrócić go do życia. Młodzieniec odrodził się jednak już pod postacią – szczura! Potomkowie Karni Maty (a jest ich w okolicy sporo) do dzisiaj wierzą, że po śmierci odrodzą się pod postacią szczura i zamieszkają w świątyni. Warto wypatrywać białego szczura – to ponoć wcielenie samej bogini. W sumie taki rodzinny interes…

Bardzo tu różowo. Nie do końca uważam ten kolor, więc czułam się trochę jak w landrynkowym domku dla lalek. To znaczy, czułabym się gdyby nie dodatkowa atrakcja w postaci wspomnianych wyżej zwierzaków. Dla jasności – szczur to szczur. Zwierzę jak każde inne, a i czasem nawet futerko ma ładne… Wiem, zarazy roznoszą i generalnie, choć inteligentne, nie cieszą się wyjątkową estyma. Ale sam ich widok nie był dyskomfortowy. Dokuczliwy okazał się wszechobecny smród! Przy czym trudno było stwierdzić co intensywniejsze smród szczurów, czy smród gołębi, których tu niewiele mniej niż gryzoni. Tak czy tak – wyjątkowe to miejsce.

Indie – Fatehpur sikri fort

Perła architektury i sztuki imperium Mogołów – Fatehpur sikri fort (Miasto Zwycięstwa). To idealne połączenie wpływów kulturowych Islamu, Chrześcijaństwa i Hinduizmu. Taki architektoniczny ekumenizm. 😉 Akbar – Trzeci z Wielkich Mogołów generalnie był tolerancyjny. Nawet trzy główne żony były trzech wspomnianych wyżej wyznań (żon i nałożnic miał wiele, choć w jego przypadku chyba tylko dlatego, że wypadało mieć… Swoją drogą utrzymać porządek i karność w pięćsetosobowym babieńcu! To graniczy z cudem!). W kompleksie cieszą oko trzy pałace dla owych trzech żon. Przy czym najokazalszy jest ten, który należał do Jodha Bai – żony, która dała władcy męskiego potomka. Akbar nie mogąc doczekać się następcy, o poradę poprosił Sufiego Salima i… ten pomógł. 😉 Właściwie gigantyczne miasto (fort) Wielki Mogoł wzniósł by być bliżej swego doradcy i powiernika Sufi Salima. Kompleks cudownie tętnił życiem, gwarem i pluskiem wody w licznych basenach i fontannach, aż do momentu gdy owej wody zabrakło. Mieszkańcy przenieśli się do innych miejsc, Akbar zresztą też, ale miasto do dzisiaj urzeka urokiem czerwieniących się murów, zdobnych misternie i koronkowo. Jednak jest miastem wymarłym. Oprócz pałaców żon Akbara, warto zerknąć tu do pięknego meczetu Dżama Masdżid, do którego wchodzi się przez Bramę Zwycięstwa. W Diwan i Khas, Akbar miał zwyczaj debatowania z mędrcami i uczonymi. I jeszcze Pałac Wiatrów z ażurowymi oknami oraz wieża Hiran Minar wybudowana w miejscu gdzie padł ulubiony słoń Akbara itd. itd… Czerwono-brunatne budowle z lokalnego piaskowca składają się na cały fort. Jest jednak jeden wyjątek. Grobowiec Sufiego Salima wzniesiony jest z białego marmuru. Wejście do grobowca wykonane jest z drewna hebanowego, nad sarkofagiem – baldachim z drewna sandałowego, białe ściany zdobią dekoracje z masy perłowej. Sufi spełnił marzenie Akbara o potomku, dlatego wierni muzułmanie przychodzą do grobu mędrca i okrążają go by prosić o spełnienie trzech marzeń.

Wszystkie moje marzenia i pragnienia oraz życzenia spełniają się… Czasem muszę troszkę poczekać, a czasem odrobinę pomóc szczęściu. Pamiętając o tej zasadzie grobowiec Salima okrążyłam, zgodnie z tradycją wizualizując sobie trzy aktualne marzenia, i… czekam. 🙂

Indie – Jaipur

Jaipur fortami stoi! Ale nie o nich tym razem a samym mieście – stolicy Radżastanu. Nazwę zawdzięcza Jai Singha II, który w XVIII wieku przeniósł do nowo wzniesionego miasta stolicę. Chociaż – obecnie często jest nazywane różowym lub czerwonym miastem (od koloru budynków). Jak to w Indiach – gwarno tu i kolorowo, choć sam układ urbanistyczny miasta – jakby trochę bardziej poukładany. Jednym z piękniejszych budynków w Jaipur jest Pałac Wiatrów. Gigantyczna budowla z czerwonego piaskowca. Właściwie wygląda jakby z czerwonej koronki był wybudowany a nie z twardego kamienia! Skąd nazwa? Ano w środku układ korytarzy daje naturalną wentylację i chłodzenie. Co dla mieszkających w nim (i obserwującym życie na zewnątrz przez niewielkie zabudowane koronkowo balkony) dam dworu było miłym luksusem. Nieopodal, podobny w kolorystyce – płac miejski. Czyli w sumie kompleks ogrodów, dziedzińców i budynków pałacowych różnorakiego przeznaczenia. Można tam zobaczyć olbrzymie błyszczące kadzie, w których maharadża przewoził wodę z Gangesu (do picia!) w czasie podróży do Anglii. No… Bogatemu kto zabroni. 😃 Koniecznie odwiedzić należy Dźantar Mantar – osiemnastowieczne obserwatorium astronomiczne. Wygląda jak park z dziwnymi konstrukcjami, które nie mam pojęcia do czego konkretnie służą ale na pewno do obserwacji nieboskłonu były używane. To był w sumie taki ośrodek badawczy powołany do życia i sponsorowany przez maharadżę. A! No i słynne manufaktury kamieni szlachetnych! Z tego Jaipur słynie. Obróbka ich jest naprawdę na wysokim poziomie kunsztu artystycznego. A najlepsze to, że warunki tejże obróbki iście „spartańskie”. Taaa… Indie po prostu…

Indie – Jaisalmer, jezioro Gadisar

Lubię niebo o zachodzie słońca. O wschodzie też – choć z przyczyn czysto technicznych znacznie rzadziej go widuję… 😉 Ostatnio usłyszałam patent na ten problem. Dla oglądania wschodu nie należy wcześnie wstawać – tylko się nie kłaść. Mądre i trafne! Może warto wypróbować… 😀😎 Wiele jest miejsc, w których wielobarwne niebo i słońce tuż nad horyzontem wiszące, cudownie oświetlało przestrzeń. Jednym z takich – Jaisalmer „Złote Miasto Indii”. Fakt sporo tu budowli z żółto – złotego piaskowca, co efekt ciepłego światła zachodzącego słońca mocno potęguje. Piękne heveli w całym mieście, jak zrobione z koronki. W niektórych nadal kwitnie życie w innych również handel. Bo można zobaczyć jak w środku i dywan jakiś gustowny nabyć drogą kupna. Bardzo efektownie wyglądają zwłaszcza te XIX – wieczne np. Patwon-ki-Haveli lub Salim Singh-ki-Haveli. Ale dla widoków rzeczonego zachodu / wschodu najlepsze jezioro Gadisar. W 1367 zostało sztucznie stworzone z inicjatywy Rawal Jalsal jako źródło zaopatrzenia w wodę dla miasta. To właściwie sztuczny zbiornik napełniany deszczówką. Woda była ważna, cenna, święta… Stąd wokół jeziora (piękne architektonicznie skądinąd) wieże strażnicze. Do jeziora prowadzi kilka bram. Najsłynniejsza z nich to Tilon Ki Pol, jak chce tradycja – ufundowana przez bogatą i wpływową prostytutkę imieniem Tilon. Na tyle ciekawe i piękne to miejsce, że stało się w 2016 roku tematem filmu Soul of Jaisalmer. Jakoś się nie dziwie…

Indie – Jaisalmer

Zwykle zwiedzając jakiś zakątek świata, wpada się do kolejnych miast, zwiedza z mniejszym lub większym zaangażowaniem kolejne „atrakcje turystyczne”. I kolejna, i następna… no nie!!! To nie tak. To znaczy nie deprecjonuję takiej formy (najczęściej zorganizowanej) poznawania świata. Rekomenduję jednak wyjazdy w niewielkich grupach, duetach (UWAGA – konieczność kompatybilnych fascynacji kulturą, sztuką, przyrodą itp. Inaczej wyjazd staje się klęską) lub nawet w wersji singiel. I… zanurzenia się w ulicach, bezdrożach, zaułkach… Dać się porwać przez tłum… lub przysiadłszy z boku obserwować jak rzeka ulicznego gwaru przetacza się jak kadry z filmu. Lubię tak… Kiedyś tak mi się zdarzyło w „Złotym Mieście” – Jaisalmer. Z jakiegoś powodu cały dzień był free!!! Aż się prosiło by połazić po mieście. Miasta w Indiach generalnie są jedną wielką plątaniną ulic. Tak jakby ktoś w pozornym chaosie i bezładzie poformował arterie, które zupełnie przypadkiem utworzyły miasto. No ale Jaisalmer to już przesadził. 🙂 I wszędzie tłoczno, gwarno, kolorowo, pachnie specjałami lokalnej kuchni (smacznej bardzo!!). Generalnie życie toczy się tu na ulicy. Na ulicy się gotuje, handluje, prowadzi drobne usługi rzemieślnicze. Tu ktoś sprzedaje najpiękniejsze „cosie” świata, tam gromadka dzieci radośnie pokrzykuje, pielgrzymi spiesznie idą pewnie do którejś ze świątyń (jest ich w samym forcie siedem). Ktoś tam zagadał z uśmiechem – no jednak biała twarz – dość trudno się wtopić. Ech… fajnie się tak podgląda zakątki świata…

Indie – Jodhpur

Jodhpur – Błękitne Miasto. To nie jest figura retoryczna. Naprawdę błękitne! To znaczy samo miasto. Obrzeża – klasycznie w kolorze ugier palony, czasem sepia. A dalej to już pustynia… Jodhpur to chyba drugie co do wielkości miasto w Radżastanie. Faktycznie spore gdy się po nim człowiek snuje. Założone zostało w połowie XV wieku i jako że nie najgorzej położone na trasach – szybko stało się centrum handlowym. Miasto znane z tego, że błękitne i z twierdzy Mehrangarh (o niej w osobnej opowieści). Ale w ogóle sporo tu pałaców. Na przykład Umaid Bhawan – jedna z największych prywatnych rezydencji świata. Ma 347 pokoi (jak się nie pogubić!!! Plan albo kierunkowskazy pewnie mają jakieś. Na albo z GPS po domu łażą 😉 ) Pałac budowano wolno (1929 r). Podobno dlatego by zapewnić pracę okolicznym rolnikom w czasie gdy panowała susza. Czy tak było nie wiem – ale zrobili robotę! Obecnie jest tam prywatne mieszkanie rodziny radżów, hotel i muzeum (poświęcone historii rodziny 😊 ). Jest też Jaswant Thada – takie miejsce do kremacji zmarłych członków rodziny radżów ale też służy do koncertów zwłaszcza w trakcie festiwali; słynna wieża zegarowa; świątynia Chamunda Mataji albo świątynia Mahamandir itd. itd. Lubię zwiedzać ślady kultur ale oczywiście pognało mnie też na lokalne placyki, bazarki, zaułki… I… tym bardziej ugruntowałam się w przekonaniu ze to fajne miejsce jest. Tak po prostu – fajne.

Jodhpur słynie z dobrej kuchni. Słodkości – no znane generalnie. Przy czym nie bardzo lubię deserowe klimaty – tak w ogóle. Na coś tam się skusiłam żeby mieć wiedzę jak smakuje. No dobre. Za to Mirchi Bada – wymiata!!!!!

Indie – Junagarh Fort

Czerwony, złoty, alabastrowy, koronkowy, szesnastowieczny Junagarh Fort. I mocarny do tego – bo był niemalże nie do zdobycia! W sumie duży… Kolejni władcy dokładali kolejne pomieszczenia i się rozrastało „maleństwo”.😉 Do dzisiaj zresztą w jednej z części aktualna rodzina władców zamieszkuje. Te najbardziej chyba wypasione części fortu to Chandra Mahal. Ileż tam inkrustacji, kameryzacji, kolorów… Pokoje Anup Mahal – w sumie też niczym nie ustępują. No generalnie – na bogato! W sumie to jest kompleks pałaców, dziedzińców i świątyń. Do fortu prowadzi siedem bram. Oczywiście uzbrojone „kolczastymi” wrotami i zbudowane z takimi „zakrętami” by słonie nie zdołały ich sforsować. Swoją drogą figury dwu słoni zdobią Bramę Słońca, strzegąc pewnie Fortu. Przy innej, czerwone odciski dłoni żon władcy. To znak, że popełniły sati…

Trafiłam tam późnym popołudniem. Słońce czule otulało koronkowe mury fortu. Turystów już prawie nie było. Pora taka, że przenieśli się do miejsc pozwalających na degustacje czegoś tam dobrego 😊 I tak snułam się niemal samotnie po dziedzińcach, jakichś balkonach, dachach przerobionych na tarasy. Długie cienie towarzyszyły mi wiernie. Słońce pieściło miłym ciepłem zachodu. A mnie się wizualizowały stopklatki… Anturaż szyty na miarę do jakiegoś filmu albo fot sesji.

Tak sobie myślę… Otaczanie się pięknem, jakaś nieoczywista muzyka sącząca się w tle, dedykowane światło, natura grająca w harmonijnym duecie z wytworami rąk ludzkich. To ważne. To sprawia, że może poczuć ułamek sekundy szczęścia… Ci z Junagarh Fort chyba o tym wiedzieli…

Indie – Mandawa

Mandawa – czarodziejskie miasto, w którym można się zagubić… Klimatyczne, jak na Indie bardzo ciche, ekscytujące, wciągające, kuszące, romantycznie, niesamowite troszkę… Miasto założone zostało w XVIII wieku jako kupieckie (a wszystko zaczęło się od wykopania studni… 😎). Kwitł tu handel opium, bawełną i przyprawami – norma. Zatrzymywały się w forcie karawany wędrujące z Chin i Bliskiego Wschodu… A że, handel popłaca – rezydencje (haveli) w iście pałacowym stylu, wyrastały jak grzyby po deszczu. Większość o cudownie malowanych fasadach, ze scenami wszelakimi – religia przeplata się z wyuzdanym seksem, tradycja z nowoczesnością – co właściwie w tym klimacie kulturowym, jakoś nie dziwi nikogo mocno…

Większość odwiedzających zachwyca się haveli, ubolewa że niszczeją, wpadają grupowo do jakiejś świątyni i wypadają z miasta dalej zwiedzać. Błąd! Tutaj trzeba się zatrzymać. Pozwolić pieścić się promieniom słońca, wsłuchać w muzykę ulicy… Tu przemknie gdzieś ktoś na camel-taxi, tu odgłosy ożywionej dyskusji, tam odgłosy modlitw, jakieś nawoływania… I wszystko skąpane w najcudowniejszych promieniach zachodzącego słońca… kusi, mocno kusi taki klimat…

Indie – Mandawa, haveli

Mandawa to kupieckie, cudownie kolorowe miasto, ale o nim następnym razem. Na razie o haveli jako możliwości do zameldowania. 🙂 Miło i ładnie mieszkać to oczywista konieczność bytowa. W Radżasthanie przybrała formę – coś pomiędzy pałacem, willą, kamienicą a haremem, świątynią, galerią sztuki… trudno wyczuć ale zachwycić się można niezależnie z czym się skojarzy! To jeden z typów, w których spokojnie mogłabym zamieszkać. 🙂 Romantycznie tu, orientalnie i niesamowicie zarazem. Taki dreszczyk emocji i podniecenia nieznanym a długo oczekiwanym, gdy błądzi się po zaułkach i korytarzach. Pełno tu miejsc na rytuały i ceremonie wszelakiej proweniencji. Zwykle mniejszy lub większy dziedziniec, czasem fontanna szemrze, dużo zieleni. I wszędzie malowidła. To Wisznu lub Sziwa spogląda ze ściany, to jakieś zwierzęta pomiędzy gąszczem roślin, to sceny z czasów minionych lub z życia codziennego, a tam znowu wszystko ocieka erotyką i seksem…

Sama nazwa wywodzi się z języka perskiego i znaczy tyle co „zamknięte miejsce”. Wyizolowanie się od zewnętrznego zgiełku w zaciszu tak urokliwym… Zamknięcie się na chwilę przed gwarnym światem… Fantastyczne! Byleby, w tym… „właściwym” towarzystwie…

Indie – Mandore

Ogrody Mandore to historyczne miasto obecnie należące administracyjnie do Jodhpur. Kiedyś było stolicą królów Mandaru. W XV wieku opustoszało, na rzecz Jodhpuru. Chciałam zacząć od tego, że jak to w ogrodach bywa – cisza i spokój i kontemplacja natury. Może i tak, ale w tym wypadku uwagę należy skupić na małych złodziejaszkach. Co się błyszczy, wisi luzem lub nie daj Boże nadaje się do zjedzenia – jest obiektem pożądania, i dość szybko staje się łupem hulmanów. To już nie są „małpie figle” to zorganizowane gangi! Małp i krów tu mrowie. Łażą luzem, czasem przyjaźnie witając gości, czasem złoszcząc się na uciążliwych turystów. Same ogrody rozciągają się u stóp ruin fortecy Mandore. Ukwiecone…! Kolorowe…! Nie tylko od wielobarwnie ubranych zwiedzających, i kolorowych płaskorzeźb w holu bohaterów! A ile tu zakamarków, świątyń (np. świątynia 33 bogów), cenotafów… Te ostatnie to oczywiście rodzaje pomników. Wiele z nich upamiętnia samych Radżów lub ich żony, które zdecydowały się na ceremonię sati. Najbardziej okazały przypomina Chhatri Maharajadhiraj Ajit Singh. Powstał w XVIII wieku a architektonicznie łączy w sobie wpływy hinduizmu i dżinizmu. Sporo tu dekoracyjnych motywów zoomorficznych. Głównie… małp! W innym miejscu upamiętnionych zostało sześćdziesiąt cztery maharinie i konkubiny, które w 1724 roku, po śmierci władcy popełniły sati (rytualne samobójstwo). Swoiste to pomniki przeszłości. Wyniosłe, ozdobne, kapiące przepychem… i tylko czasem jakiś hulman zamyśli się i zapatrzy, może rozmyślając nad ich sensem…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑