Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 24 of 88)

Hiszpania – Javier

Warowne zamczysko Javier którego historia sięga X wieku. Potężny i budzący respekt! W tym „domku” wychował się Franciszek Ksawery – późniejszy misjonarz i święty jezuita. Na obecną bryłę zamczyska nałożyły się kolejne przebudowy. Najbardziej leciwe części to Torre del Santo Cristo, donżon San Miguel, bastion i kaplica. Kaplica jest niewielka – jak to w zamkach, ale jest w niej zachowana unikatowa polichromia danse macabre. W absydzie natomiast przekornie (a może tylko pobłażliwe…) uśmiechający się z krzyża Jezus… Polichromowany krucyfiks z XV wieku. Faktycznie taka średniowieczna Mona Lisa w wersji sacrum. 😊 Bezpośrednio do bryły zamku przylega bazylika Franciszka Ksawerego. Kolorystycznie spójne ale kościół wzniesiono na przełomie XIX i XX wieku. Wnętrze – ot neogotyckie. Fasada jednak dobrze się komponuje z sąsiadującymi średniowiecznymi murami. Dokładnie naprzeciw tejże fasady – opactwo wzniesione przez rodziców Ksawerego. W kościele tym zresztą Franciszek został ochrzczony, podobno w chrzcielnicy która tam stoi do dziś. Przy czym tak dokładnie to opactwo było tu od ok 1200 roku, potem w XV to fundowane przez Javier a obecna bryła to przebudowa XVIII wieczna. Tuż przy murach opactwa z trawnika nieśmiało wyłaniają się maleńkie stele nagrobne, pewnie mieszkańców zamku, może też zakonników, nie wiem… A całość otulona cyprysami, platanami, brzozami i dziesiątkami innych szumiących w ciszy, potężnych drzew…

Hiszpania – Lloret de Mar

Do Lloret de Mar przyjeżdżają głównie osoby kochające foczenie na plaży w dzień i drinki w ogródkach oraz klubach w nocy… Taki klimat… Ale jak to w Catalunya, w każdym najmniejszym miasteczku – pięknie jest. Historię miasto ma leciwą bo sięgającą ok. dwu tysięcy lat, ale zabytki trzeba wyłuskiwać z gąszcza klubów, kawiarni i sklepików z pamiątkami. Na przykład Castillo de Sant Joan – XI wieczny zamek dumnie wiszący nad brzegiem morza (nie mylić z Castell d’en Plaja – ten jest z początku XX wieku). Najstarszym chyba zabytkiem sakralnym jest kościół Iglesia de Sant Romà (sam początek XVI wieku) – ale i tak przebudowany, że bardziej w klimat secesji się wpisuję (przynajmniej na zewnątrz). Do tego dołóżmy kilka pustelni eremickich, stanowiska i muzeum archeologiczne.

Ale te kluby! Raz wybrałam się na wieczór flamenco. Atrakcja turystyczna jakich milion w każdym zakątku świata. Nie spodziewałam się niczego z efektem wow… A tu… kolacja, sala, gwar… to jak zwykle. Ale tancerze…. Prima sort! Jeden – przypuszczam solista, długowłosy wysoki mężczyzna, w którymś momencie zaczął wystukiwać obcasami rytm. Przyspieszał i przyspieszał, wygaszono światło, reflektor punktowy oświetlał tylko jego. Cisza i coraz szybszy stukot obcasów. W którymś momencie wykonał szybki obrót. Z peleryny jego włosów pofrunęły krople, błyszcząc diamentami w świetle reflektora. Był klimat… A i panie w kilkudziesięciu kreacjach… no zrobili robotę!

Jeśli komuś atrakcje życia nocnego i plażowania znudziły się nieco, może wybrać się na spacer do ogrodów św. Klotyldy. To zdecydowanie jeden z piękniejszych ogrodów w Europie! No a na pewno w czołówce ma nie najgorsze miejsce. Na lekkim wzniesieniu, momentami na zboczu, niemal schodzi płynnie do brzegu morza. Samo założenie ogrodowe powstało w 1919 roku, a zaaranżował je słynny Nicolau Maria Rubió i Tudurí. Głównie kompozycje wykreowane zostały z traw, krzewów, pnączy, drzew. Generalnie wszelkie odcienie zieleni. Z akcentami jedynie kwiatów lub zatopionych w gąszczu roślin – rzeźb. Można się w tej zieleni i delikatnym chłodzie zagubić…

Hiszpania – Lloret de Mar, cmentarz

Być może to dziwne ale lubię spacerować po alejkach cmentarnych. Dobrze mi się wtedy rozmyśla. Szczególnie często, z kilku powodów, bywam na pięknych zwłaszcza jesienią, krakowskich Rakowicach lub na Miodowej w Krakowie. Dzisiaj jednak (może przez pogodę, która mizernie zachęca do wyjścia) myśl pomknęła w inne rejony. Choć nadal eschatologicznie – to cokolwiek cieplej. 🙂

Jedno z bardziej znanych katalońskich miasteczek turystycznych to Lloret de Mar. Sporo tu atrakcji turystycznych – zarówno tych „plastikowych” jak i tych dla bardziej wyrafinowanych globtroterów oczekujących na obcowanie z kulturą lub naturą. Jest też cmentarz. Cudowna perła secesji! Małą architekturę sepulkralną tworzyli tu najwięksi artyści (między innymi Josep Puig i Cadafalch, Antoni M. Gallissà, Soqué Lluís Llimona, Bonaventura Conill, Montobbio Ismael Smith i Mari, Eusebi Arnau itd. itd), których dziełami zachwyca się Barcelona – a z nią cały świat. To głównie szkoła jednego z moich ulubieńców – Gaudiego! A, że uczniowie w sumie godni mistrza – rzeczony cmentarz wprawia nie tyle w zadumę co w zachwyt. Cmentarz w Lloret de Mar został oficjalnie otwarty w 1901 roku (powstawał pięć lat), a powstał z przeznaczeniem dla majętnych Hiszpanów (Los Indianos), którzy chcieli swe doczesne szczątki złożyć w rodzinnej ziemi. I składali, wcześniej oznaczając miejsce pochówku cudownymi (i sporo kosztującymi) kaplicami, rzeźbami, nagrobkami, ozdobnymi portalami, mauzoleami itd. Efekt – gdziekolwiek by nie spojrzeć, wijące się linie, jakby naśladujące pomięte wybrzeże Costa Brava. Tutaj wyrastają kamienne lilie a w innym miejscu ktoś rozsypał kamienne róże. Mnóstwo tu zadumanych aniołów… A może nie aniołów, a tylko poetyckich kobiet, które zastygły tak wpatrzone w czmychającą z nagrzanego kamienia jaszczurkę…

Hiszpania – Merida

Hmmm…. Rzymskie miasto właściwie… I tak też hiszpańska Merida jest nazywana – „Hiszpański Rzym”. 😊 Miasto założył Oktawian August w 25 r pne. Okres rzymski fantastycznie miasto uposażył w budowle. Sporo z nich się zachowało do dzisiaj. Marek Agrypa wzniósł teatr. Oooolbrzymi! Tak na około 6 tys. widzów! Zachował się też nieopodal teatru – amfiteatr, i ciut dalej cyrk i urokliwy 800 metrowy most łączący brzegi Gwadiany. Są też kosmicznie wręcz wyglądające resztki akweduktu. „Cudowny akwedukt” ale nie dlatego że jakieś czary czy cuda. Po prostu – jak to się stało że jeszcze stoi… Nikt nie wie! Cud panie cud! 😊 Są też świątynie np. ta Diany i mrowie innych elementów, które infrastrukturę miejską tworzyły. W każdym razie Merida zabytkami rzymskimi stoi (czasem na głowie, jak jedna z kolumn… ale jednak stoi 😉 ). Potem Wizygoci, okres arabski i okres Bizancjum, ale sumarycznie z tych wszystkich – zabytków jest mniej niż rzymskich. W sumie niewielkie miasto, które historią ocieka! Piękne – dla mnie – zwłaszcza wieczorem, gdy o złotej godzinie ciepłe promienie słońca muskają i pieszczą ruiny antyku, otulają kapitele kolumn… Czasem tylko się gubiąc z lekkim zakłopotaniem, gdy kolumny do góry nogami stają. 😊

Hiszpania – Pampeluna

Pampeluna jest jednym z bardziej kalejdoskopowych miast Hiszpanii – tak myślę. Z jednej strony starożytność z drugiej nowoczesność a po środku ślady wszystkich możliwych epok i styli. Widać też scalenie w jeden organizm miejski osobnych trzech dzielnic, które przecież jednak historycznie były osobnymi jednostkami. Niby scalenie w XV wieku się stało – ale i tak się wyczuwa różnice pomiędzy burgos Navarrería, Saint Sernin i Saint Nicholas. A dodajmy do tego jeszcze późniejsze i zupełnie nowe tereny np. Rochapea, Milagrosa i Chantrea …

Miasto założone zostało jako garnizon wojsk cesarstwa rzymskiego. Potem kilka epizodów, na przykład z Wizygotami lub Maurami. Karol Wielki otoczył murami Pampelunę. W IX wieku powstało królestwo Nawarry a Pampeluna stała się jego stolicą. Tak było do XVI wieku kiedy to królestwo połączone zostało z Kastylią.

Gdy spaceruje się ulicami Pampeluny trudno oprzeć się wrażeniu takiego historycznego kalejdoskopu. Tu mocarna i górująca cytadela z XVI wieku, tu jakoś barokowy portal, tam klasycystyczny budynek Palacio de Navara, a ówdzie całkiem współczesna rzeźba pomnikowa. Wracając do cytadeli – tak naprawdę trudno ją datować bo w sumie średniowieczne umocnienia miasta były przebudowane i ulepszane XVI, XVII i XVIII wieku. Dzisiaj są po prostu atrakcją turystyczną i miejscem spacerowym dla mieszkańców.

Wspomniałam że ślady historii miasta widać – ale ślady społeczności żydowskiej (od X wieku mieszkańców miasta) zostały zniszczone. Tak się potoczyła historia Żydów Sefardyjskich w Hiszpanii… Ale wiadomo gdzie ich szukać jak przekonuje pewna Pani Doktor zajmująca się badaniami nad kulturą Żydów Hiszpańskich. Może badania archeologiczne pozwolą odkryć na przykład ślady mykwy pampeluńskiej i miasto zyska pełen wachlarz śladów historii miasta i tradycji kultur, społeczności które je kształtowały.

Tak czy tak – po Pampelunie miło się spaceruje. Zarówno po wąskich momentami i klimatycznych uliczkach jak i szerokich nowoczesnych arteriach. Choć…. Czasem trzeba iść szyyyyyybko i uważająco iść by się na jakiś róg lub kopyto bycze nie „nadziać” 😊 W Pampelunie w ramach obchodów Sanfermines – święta ku czci patrona miasta św. Fermina, urządza się słynne encierro czyli gonitwę byków. Ulicami w kierunku areny, przepędza się stado byków. Przed nim biegną śmiałkowie, w nadziei i przekonaniu że potrafią biegać szybciej niż byki… Wszyscy uprawnieni do tego biegu ubrani powinni być na biało i mieć zawiązane czerwone chustki. 😊 Ulice biegu zostają wyznaczona poprzez solidne przegrody – przez to byki wiedzą gdzie trasa i gdzie meta. Ludziom też się przydają bo jest się za co schować gdy sił nie stanie. Na arenie – już klasyczna corrida. Ale Sanfermines to nie tylko byki, to fiesta z tańcami i śpiewem na ulicach, muzyką, fajerwerkami, pysznym jedzonkiem, przemarszem Gigantes itd. itd., która trwa w całym mieście ponad tydzień!

Hiszpania – Plasencia

U stóp Sierra de Gredos leży urokliwe miasteczko Plasencia. Najpierw byli tam Celtowie potem Rzymianie (zachował się akwedukt) i Arabowie (zachował się mur obronny) ale więcej informacji dopiero od XII wieku kiedy to 1186 sam król Alfons VIII podbił miasto potem nadał prawa i herb i generalnie skazał na sukces i rozwój. W mieście w XV wieku założono pierwszy na terenie Extremadury uniwersytet! Plasencia jak większość miasteczek w Hiszpanii – urokliwe! Kręte wąskie uliczki, pałacyki, romantyczne zaułki… i pachnąco i kwitnąco – są tu aż dwa ogrody botaniczne. Na rynku ratusz – co naturalne, nad ratuszem – wieża, co też naturalne ale na wieżę wdrapała się Abuelo Mayorga i co godzinę uderza z wprawą w dzwon. Najciekawsze miejsce w mieście to katedra – a właściwie dwie. Obrażone obróciły się do siebie tyłem. Z daleka wyglądają na jedną całość architektoniczną, jednak pierwsza powstała w XIII/XIV a druga w XV/XVI wieku. W tej młodszej zobaczyć można gigantyczny ołtarz – ma 23 m. wysokości oraz 17 m. szerokości. W tej starszej za to olbrzymi XIII-wieczny posąg Matki Boskiej Przebaczenia.

Jeśli kto odważny to może odwiedzić miasto w czerwcu. Ku uciesze wszystkich gapiów lokalnych i przyjezdnych, wąskimi uliczkami ganiają przepędzane byki…A jak się już spod rogów i kopyt ucieknie to na spokojnie w lokalnej restauracyjce można przekąsić świeżo przyrządzone danie z żab w salsa verde lub jaszczurek (taki lokalny specjał 😁 ).

Hiszpania – Puerto de Ibañeta

To co łączy Hiszpanię i Francję? Kilka możliwości przychodzi mi do głowy… Jedną z nich jest – Puerto de Ibañeta. I nie tylko dlatego, że leży na pograniczu tych dwu krajów. Puerto de Ibañeta jest oczywiście na terenie Hiszpanii ale tutaj zbiegały się dwie trasy pielgrzymkowe francuskich szlaków do Santiago di Compostela. W wiekach średnich była tutaj pustelnia, potem też klasztor, kościół Salwatora i szpital dla pielgrzymów. Kompleks był przez pewien czas własnością klasztoru Leyre. Nazywano go wtedy kaplicą Karola lub kaplicą Rolanda. Do dzisiaj niemal nic się nie zachowało. Drobne archeologiczne pozostałości po zabudowaniach. Obecny kościół jest bardzo współczesny ale na miejscu tego historycznego. Dzisiaj najbardziej przyciąga chyba pomnik Rolanda (Roldana). Kamienna stela na lekkim wzniesieniu, z imieniem i datami.

Sam Roland? Hrabia frankijski, który zginął w walkach z plemionami baskijskimi w przełęczy Roncesvalles. W 778 roku wracał z wyprawy na Saracenów ale skończył żywot w Puerto de Ibañeta. Stąd i miejsce steli – zasadne. Kiedyś był jeszcze do steli przytwierdzony miecz i dwa kiścienie – ale zniknęły… 😊 Miecz też był zasadny – to słynny Durandal. Rycerz dostał go od samego Karola Wielkiego (anioł miał mu to podpowiedzieć). Inne legendy głoszą, że miecz należał wcześniej do Hektora – tego z Troi. Jak chce „Pień o Rolandzie” (zachowała się w siedmiu rękopisach ale fragmentarycznych) w mieczu były ukryte relikwie: ząb św. Piotra, skrawek szaty Maryi, krew św. Bazylego i włos św. Dionizego. W sumie poważne wsparcie! Podobno przed śmiercią Roland chciał miecz zniszczyć by nie dostał się ręce niepowołane. Ale efektem było tylko to, że wykuł nim przypadkowo przełęcz. A miecz jak widać i tak ze steli ktoś sobie „pożyczył”. 😉

A tak w ogóle to jest tu pięknie! Dymiące szczyty i lasy, wokół powalająca zieleń i parawanowo odsłaniające się kolejne pasma gór…

Hiszpania – Salamanca

W Hiszpanii nie ma brzydkich miejsc… To już kiedyś wyartykułowałam werbalnie, chyba – a teraz śmiem powtórzyć. 😊 A wśród tych urokliwych miejsc, których mrowie – Salamanca myślę jest w niekwestionowanej czołówce. Jak to zwykle tam bywa metryczka z – przed naszej ery. A potem raz w rękach Maurów a raz w rękach chrześcijan. I tak na zakładkę, 😊 W XIII wieku Alfons IX założył w Salamance uniwersytet, który z powodzeniem rywalizował z największymi! To chyba jeden z najstarszych w Hiszpanii. A ileż kościołów i klasztorów tu wyrosło! Aż dwie katedry. A co! 😉 Starsza romańska, młodsza – gotycka. Nieopodal klasztor dominikanów z genialną po prostu fasadą. Kościołów tu naprawdę sporo. I przy każdym bractwo… W Wielki Tydzień te właśnie wychodzą na ulice miasta w słynnych procesjach. Wtedy świece, feretrony, muzyka, gwar przeplatany z modlitwami, werble, jedna procesja w białych inna czerwonych strojach, tam jeszcze jakieś inne błękity i granaty, zwykle w kapturach naciągniętych na głowy i twarze . Semana Santa – konfratrzy celebrują Pasję. Taki spektakl…

W Salamance spędziłam kiedyś tam, kilka dni. Chłonęłam zabytki, biegałam po kościołach, zaułkach, galeriach i wreszcie wieczorem spektakularnie padłam… Słońce czerwienią zachodu czule otulało mury kościołów, pałacyków, rezydencji, mostów… a ja sobie siedziałam na jakimś kawałku trawnika, gorąc dnia spłukując kieliszkiem zimnego białego wina… Dookoła też siedzieli pojedynczo i grupkami młodzi ludzie (uniwersyteckie miasto przecież), ale tak jakoś niegwarno było. Tak jakoś wszystko wtulało się w to zachodzące słońce. Wtedy poczułam tak po prostu i zwyczajnie, że… to piękne miejsce jest…

Hiszpania – Toro

W Hiszpanii nie ma brzydkich miejsc! To jest ustalone i tego się należy trzymać ! 😊 Takie Toro na przykład. Założył je Don García w 899 roku, jako miasto obronne. Do dzisiaj widać ślady obronnego charakteru miasta. W sumie maleństwo ale i tak warto przyjechać z jednego powodu – niesamowita romańska kolegiata Santa María la Mayor. Całe stare miasto otula ją jak wachlarz (taki układ urbanistyczny). Kolegiatę zaczęto budować ok 1170 roku – skończono w XIII wieku. To jeszcze romanizm ale troszeczkę i nieśmiało już zaczyna brzmieć gotykiem to tu to tam… Fantastyczna cimborrios del Duerona skrzyżowaniu nawy i transeptu, genialne portale – zwłaszcza Pórtico de la Majestad, ale pozostałe dwa równie porywające, z tłumem aniołów, świętych oraz… muzyków. 😉 We wnętrzu – perełka XVI wiecznego malarstwa – Virgen de la mosca.

A! Toro słynie też z fantastycznych czerwonych win… 😊 Już sam król Alfons IX doceniał trunek mawiając że Tengo un Toro que me da vino y un León que me lo bebe. 😊

Hiszpania – Valencia

Nazwa Valencia podobno pochodzi od słowa „silny”. Ale dla mnie jest też zwyczajnie magiczna … Miasto, które potrafi zaczarować. A najlepsze jest to, że nie wiem co w niej takiego magicznego… Piękne plaże gdzie ogniście słońce chyli się ku zachodowi (może dlatego organizują tutaj Święto Ognia, w marcu chyba), na każdej ulicy drzewka pomarańczowe (choć na Tomatina pomidorami się obrzucają a nie pomarańczami… 😊) ale tak naprawdę każdy zaułek miasta jest magiczny… Tuż za rogiem średniowiecze w czystej formie, przechodzi niespodziewanie w strojny barok, a ten w imponujące art. deco. Zaś tuż obok budynki rodem chyba z XXII wieku. Milion kontrastów. Może to jest takie pociągające. To co kontrastowe, nietuzinkowe, nieoczywiste i odmienne – jest najbardziej interesujące bo potrafi zaskakiwać.

Valencia założona była jako kolonia rzymska w 138 r. pne. Kilka wieków później znalazła się pod panowaniem arabskim na trochę (z kilkuletnią przerwą gdy Cydowi udało się Valencię odbić). W XIII wieku muzułmańskich mieszkańców miasta zaczęli wypierać chrześcijańscy mieszczanie. To był proces długotrwały. Do dzisiaj ślady obydwu społeczności można znaleźć (tej drugiej co oczywiste znacznie więcej). Niestety nie przetrwało wiele śladów po trzeciej społeczności – Żydowskiej. Po wyrzuceniu Żydów z Hiszpanii ślady kultury próbowano skutecznie zatacierać.

Miejsc wartych zobaczenia sporo. Mnóstwo pięknych kościołów (ale to osobna opowieść). Jest też arena korridy – niczym rzymskie Koloseum, Zwłaszcza wieczorem wygląda urokliwie. Kilka placów – na przykład Plaza de la Reina tuż przy katedrze, Plaza del Ayuntamiento lub Plaza Redonda – to istne salony! A skoro o rynkach mowa – El Mecado Central. Chyba jeden z najstarszych w Europie placów targowych bo podobno od XIV weku działa ale budynek targu jest z początku XX a wygląda jak mauretański pałac. Jest trochę gotyku. Na przykład giełda jedwabiu albo brama (do miasta prowadziło dwanaście bram) na którą – Torres de Serranos – wspięłam się, i uważam to za jeden z życiowych sukcesów! 😊

Ach! I kuchnia super! Jakaś knajpka śniadaniowa, w której pani po pierwszej wizycie pamiętała co podać i witał się jak „stara znajoma”. Ale bruschettę podawała genialną. I nie sposób nie spróbować paella z czymkolwiek kto tam co lubi. Wciąż pamiętam jak pomysły przy niej się rodziły zapisywane na papierowym obrusie w jakimś barze…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑