Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 22 of 88)

Gruzja – Gelati

Dwunastowieczny monastyr Gelati (გელათის მონასტერი). Monastyr władców. To nie jest tłumaczenie nazwy a stwierdzenie faktu. Kompleks wzniesiony został z inicjatywy króla Dawida IV Budowniczego. Miejsce i roztaczające się wkoło widoki tak ujęły króla, że podobno sam, osobiście nadzorował postępy prac. Tutaj też po śmierci został pochowany – w posadzce w jednej z głównych bram. Epitafium zachowało się jednak, bowiem wchodzący ludzie z szacunku omijali płytę nie depcząc po niej zbytni. Miejsce wiecznego spoczynku, niespełna sto lat później znalazła tu jak mówią królowa Tamara. Podobno na terenie monastyru jest jej krypta. Ale ukryta – by nikt nie zakłócał spokoju snu królowej. We wnętrzach cerkwi – jeszcze kilku władców, późniejszych czasów, spoczywa. Oprócz krypt, w cerkwiach zachowało się mnóstwo fresków. Całe ściany, kolumny, filary, sklepienia, kopuły – wszystko pokryte polichromiami. Głównie sceny biblijne i hagiograficzne. Zobaczyć też można samego króla Dawida IV Budowniczego – z makietą monastyru w ręce. To chyba jedyny zachowany jego portret.

Gelati to także centrum naukowe. Działa tutaj akademia. Nauka (gł. teologia i filozofia ale także geometria, astronomia. Kształcili się tu też malarze oraz rytownicy w złocie) rozwijała się prężnie – lecz… jak mniemam metody stosowane wobec słuchaczy, nie przypadłyby do gustu dzisiejszym żakom! Zwłaszcza egzaminowanie – a by być precyzyjnie, karanie niewiedzy. 😉

A! jak w każdym monastyrze, oprócz dostojnych mnichów, są tu też „mnisi koci”. Przyuważyłam na medytacji, biało – rudego. 🙂

Gruzja – Kaukaz

Niedawno znajoma przysłała mi zdjęcie z gór z podpisem „pozdrowienia od Taty”. Nie od razu „zaskoczyłam” ale po chwili przyszła refleksja. Coś w tym jest, góry mają taki panteistyczny klimat. Są ludzie, którzy góry kochają. Przestrzeń, bezmiar itd. itp. Zdobywają szczyty, a na pytanie po co, odpowiadają – bo są. Nie należę do takowych. Czasem jednak gdy zdarzy mi się np. przejeżdżać przez pasma górskie, wpadam w zachwyt. Połączenie barw, światła, wyłaniających się kolejnych planów! Niewielu artystów jest w stanie uchwycić ten ułamek sekundy w którym doświadcza się prawdziwego zachwytu. Takie wspomnienia towarzyszą mi na myśl o gruzińskim Kaukazie. Gdy podróżuje się Drogą Wojenną, niemal za każdym „zakrętem” wyłania się coraz cudowniejszy widok. Połacie zieleni przechodzą w błękit nieba, czasem gdzieś wyłonią się ostre brunatne skały a czasem żółcieniem kuszą wyplute z głębin ziemi minerały, połyskuje gdzieś sącząca się woda…Gdzieniegdzie człowiek narusza delikatnie tę idealną kompozycję. To pomnik przyjaźni na przełęczy Krzyżowej, to jakiś monastyr z dawna opustoszały, to jakieś ruiny niegdysiejszych domostw. Niezaprzeczalnie jest w górach coś przytłaczającego, groźnego i porywającego zarazem. Nie porywa mnie zdobywanie szczytów górskich, jednak podziw dla bezmiaru, ogromu, przestrzeni i piękna, potrafi wprawić w stan sekund szczęścia.

Gruzja – Kutaisi

Jazon i Argonauci wybrali się kiedyś do Kutaisi po złote runo… Przy czym wtedy miasto nazywało się Ai. Runo miało być powieszone w lesie na dębowym drzewie i pilnował go tam smok…

Obecnie najważniejszym puntem w programie zwiedzania miasta jest XI – wieczna Katedra Bagrata. Jak się uważa – zbudowana w „złotym wieku” kultury gruzińskiej. Otrzymała wezwanie Zaśnięcia Bogarodzicy, ale znana jest jako Bagrata – od imienia królewskiego fundatora. W sumie ładnie położona na wzniesieniu Ukimerioni. Do XVII – kwitła. Potem przez kilkaset lat miała ciężkie czasy. Najpierw Turcy potem Rosjanie… ale ostatecznie została zrekonstruowana. Wiem, różne są opinie na ten temat…. Ale z ruiny została podniesiona jednak. Katedra jest na obrzeżach miasta. W samym jego centrum natomiast – fontanna której nie da się nie zauważyć… Złote rumaki, tygrysy, barany i stado innych zwierzaków. Ale takie jakieś dziwne w kształcie… Wzorami dla nich były antyczne złote figurki zwierząt odkryte w trakcie prac archeologicznych na terenie Gruzji. Hmmm…. Czyżby z tym złotym runem coś jednak było na rzeczy… No nie widziałam by samo runo gdzieś wisiało. Ale…

Czasem wydaje się człowiekowi że go znalazł… a tu nagle smok porywa runo i odlatuje w jakieś odległe lasy… Może warto zerkać w korony drzew… Ostatecznie Jazonowi udało się posiąść to o czym marzył. 😊

Gruzja – Mccheta

Jednym z najstarszych miast Gruzji jest Mccheta. Dzieje tego miejsca sięgają okresu paleolitu, a w czasach antyku było tu prężnie rozwijające się miasto. Miasto znane jest jednak głównie z pewnej opowieści: Pewien pobożny żyd Elizeusz wybrał się do Jerozolimy, by bronić Jezusa. Nie zdążył. Odkupił jedynie płaszcz Jezusa i przywiózł tę relikwię do Mccheta. Jego siostra usłyszawszy o śmierci Pana, otuliła się w Jego płaszcz i z żalu zmarła. Według tradycji miała zostać w tej szacie pochowana. Na jej grobie wyrósł cedr. Gdy św. Nino przybyła na tereny Gruzji, poleciła by na tym właśnie miejscu wybudować kościół, jednak cedr nie udawało się ściąć, aż do czasu gdy święta wspomogła budujących modlitwą. Z pnia cedru wykonano kolumnę, z której zaczął wypływać cudowny sok. Tyle hagiografia.

Obecna katedra wzniesiona została w XI wieku na miejscu wcześniejszej datowanej na wiek IV. Podobno król Jerzy II – fundator, kazał architektowi obciąć rękę by nigdy już nie był on w stanie zbudować czegoś równie pięknego. I muszę przyznać – architektonicznie – cudo!! Oprócz walorów artystycznych, świątynia ta stała się miejscem kultu – zarówno relikwii szaty Chrystusa jak i św. Nino, ale także miejscem koronacji władców Gruzji i ich nekropolią. Ale nie sama katedra przyciąga do Mccheta. To miasto klimatyczne, pełne wąskich uliczek, sklepików, restauracji serwujących zupełnie nie-najgorsze dania i swojsko tu, krakowsko… może… przez dorożki? 🙂

Gruzja – Sataplia

Rezerwat przyrodniczy Sataplia w Gruzji założony został w trzydziestych latach XX wieku. Urokliwie tu. Pachnie las, szumią drzewa, wałęsają się po lesie dinozaury… Podobno odnaleziono tu pozostałości prehistorycznych gadów. Nie wiem. Patrząc na ekspozycję – szczerze wątpię, ale kłócić się nie mam zamiaru. Gdy ktoś znużony zielenią – można wejść do jednej z krasowych jaskiń. Niewielkie lecz zupełnie nieźle przygotowane do zwiedzania. Przy czym raczej należy nastawiać się anturaż Bollywood niż poważną analizę stalaktytów, stalagmitów i innych „z rodziny”. Nazwa rezerwatu wywodzi się od miodu, a precyzyjniej – jego zbierania. Tutejsze lasy obfitowały w liczne roje dzikich pszczół, których miód podobno najlepszy w Gruzji. Ogrom zieleni najlepiej widać ze szklanej platformy wiszącej nad przepaścią. Przy czym jeśli kto przywiązany do misternie ułożonej fryzury – platformę omijać! Widoki cudowne, w głowie się kręci… ale wieeeeeje huraganem!!!!

A! No i oczywiście coś dla uczuć!!! 🙂 W jednej z jaskiń jest głaz zgoła przypominający serce. Ale nie takie walentynkowo-piernikowe. On wygląda tak, jakby go żywcem z piersi jakiegoś olbrzyma wyrżnięto i chwilkę temu jeszcze pulsowało choć wyrwane. Nawet otwarte aorty dostrzec można. Ktoś to serce przebił – bo w głazie wyraźna szczelina niczym od sztyletu. Podobno należy wsunąć w nią dłoń – a wówczas… 🙂

Gruzja – Sighnaghi

Miasto, które ma najmniejszą populację w Gruzji, słynie z licznych – ślubów! Pierwsze ślady osiedleń ludzkich w tym miejscu to paleolit. W wiekach średnich słynęło pod nazwą Hereti. Obecna nazwa – Sighnaghi to dopiero XVIII wiek. Zabytków tu mizernie mało, klimatycznych zaułków też, pejzaż – taki sobie… ale dobre wino produkują (wpływ ma na to mikroklimat regionu) i podobno całkiem ciekawe dywany robią. Ale to ciut za mało by przyciągnąć turystów. Saakaszwili na fali „projektowania” Gruzji uznał, że Sighnaghi jest świetnym miejscem do zawierania związków małżeńskich i… ogłosił je miastem zakochanych. Położone na zboczu, w nocy rozświetlone bardzo, bardzo kolorowo wygląda nie najgorzej, ale żeby od razu klimat do miłosnych uniesień tu miał być? Urząd Stanu Cywilnego działa całą dobę by uszczęśliwiać na nową drogę życia, ale żeby to od razu Las Vegas? Snułam się po uliczkach miasta, pomiędzy straganami, wałęsającymi się psami, i leniwie czekającymi na wieczór mieszkańcami miasteczka, rozpaczliwie szukając czegoś co skusiłoby mnie by pozostać w mieście choć trochę dłużej. Nie znalazłam i generalnie w zachwyt nie wpadłam najmniejszy! Ale… jedzenie tu dobre (choć na restauracyjki i kawiarenki nie ma co liczyć. To raczej domowa chałturka), wino też, a na miłosne westchnienia – cóż… zawsze powinien być czas, nawet w Sighnaghi! Zatem czy jechać do gruzińskiego miasta miłości? Tak, ale wyłącznie w towarzystwie tego JEDYNEGO wówczas nawet Sighnaghi nie będzie przeszkadzało. 🙂

Gruzja – Sno

Wioska i dolina Sno. Dwa o tej samej nazwie i w tym samym miejscu, bo wioska jest bramą do doliny a dolina wioskę otula. Pozornie nie ma tu po co się zatrzymać, ale… W wiosce zachowała się forteca. To znaczy zaraz tam forteca! Wieża jedna, która obecnie jest elementem zabudowań należących do rodziny Ghuduszauri. Posiadać zabytek XVI wieczny na podwórku – fajne. Ale to mało! W tej wyjątkowej posiadłości artyzm kwitnie. Można tu bowiem pobierać nauki w trudnej sztuce snycerstwa oraz rzeźby w kamieniu. Nauk udziela słynny podobno w całej Gruzji (wypada wierzyć, że tak jest) mistrz Merab Piraniszwili. W Sno można też wpaść na herbatkę do Patriarchy Kościoła Gruzińskiego. Nawet u niego zamieszkać, bo w rezydencji działa podobno niezły hotel. Właściwie to – wioska jak wioska. Nawet cywilizacja się tu kończy – tzn. asfalt. 🙂 I w sumie dobrze, bo z wioski krok tylko do tego by obcować z cudem natury i snuć się bo ścieżynach doliny…

Gruzja – Tibilisi

Zawsze najtrudniej opowiedzieć o stolicy. Bo są duże, bo wiele w nich odsłon oraz wiele możliwości poznania. Bo zwykle mocno turystyczne i historyczne i rozrywkowe i naukowe i kulturowe itd. itp. itd. No i Tibilisi (თბილისი) nie odbiega od tego rysu. Podobno miasto założył król Wachtang Gorgasali, oczarowany pięknem okolicy i bijącymi tu gorącymi źródłami (stąd nazwa). W rzeczywistości pierwsze osiedliska w tym miejscu można datować na epokę brązu. Wspomniany król miał tu natomiast pałac i doceniał znaczenie miasta jako ośrodka handlowego, gospodarczego i politycznego. Stolicę przeniósł tutaj jego syn Daczi I. Miasto przechodziło liczne najazdy i okupacje – między innymi Arabską, Perską, Tatarskie, Rosyjską… I każda z nich odcisnęła się na wyglądzie miasta, z każdego z tych okresów widać mniej lub bardziej wyraźne ślady. I jeszcze współczesne pomysły modern… Gdybym chciała jednym słowem oddać istotę Tibilisi to chyba właściwym byłoby – mozaika. Bo te wszystkie fragmenty historycznej układanki tworzą swoisty klimat miasta. I wcale nie rywalizują! Wręcz przeciwnie pozwalają błądzącym po uliczkach miasta przenosić się mentalnie poprzez wieki, kultury… A wszystko przytulne i takie… po prostu ładne. Ja wiem, że sporo tu rzeczy od wieków „nie chcianych”, wiem że są też wykpione jak most „podpaska”. W sumie jak wszędzie – mieszkańcy mają swój gust i koncepcję własnego miasta.

Co zobaczyć w Tibilisi? No najlepiej wszystko. Oczywiście wymieniać należy twierdzę Narikala i cerkiew Metekhi i Anchiskhati z ikoną która sama się namalowała i Łaźnią Orbeliani i karawanseraj i setki rzeźb oraz pomników i kawiarenki i kamieniczki wiszące nad urwistymi brzegami wąwozów. Ale najlepiej powłóczyć się po Tibilisi. Naprawdę tu ładnie – zarówno w nocy jak i w dzień (ze wskazaniem na to pierwsze 😉 ).

Gruzja – Uplisciche

Jedno z najstarszych miast w Gruzji to Uplisciche. I jeśli ktoś wizualizuje sobie miasto we współczesnym tego słowa znaczeniu – jest w błędzie! To – było warownią na szczycie wzgórza. Trudno dostępne, wyniosłe, i wyglądało trochę… jak kopiec termitów. Całość, datowanego na ok V w. pne (oczywiście początki i pierwsze budowle, bo kompleks uzupełniany kolejnymi, był do wieków średnich), podzielona jest na trzy połączone ze sobą przestrzenie. To niezwykły mix elementów pogańskich i chrześcijańskich; w miejscu składania pogańskich ofiar z ludzi i zwierząt z czasem wzniesiono chrześcijańskie świątynie. Sacrum i profanum; tu teatr rodem z antyku, a obok sala tronowa podobno królowej Tamar, a zaraz wyżej kościół książąt. Trochę jak w życiu… kalejdoskop. Całość rozciąga się na ok 8 hektarach, mieszkało tu ponad 20 tys. osób, miasto posiadało swój system wodociągów dostarczających wodę (oprócz tego zbierano także wodę deszczową), tunele ewakuacyjne itd. itd.

Obecnie natura zaczęła już swoje „prace architektoniczne”. Rośliny wdzierają się w resztki ruin, to co wzniesione ręką człowieka powoli rozpada się ukazując czystą naturę skał… I tylko wiatr hula…

Gruzja – Wardzia

Żyć jak kret. Ani w przenośni, ani tym bardziej dosłownie – nie wyobrażam sobie. Najwyraźniej, nie mam aż tak wielkiej wyobraźni jak sądziłam… Istniało bowiem niegdyś podziemne miasto. To znaczy nie do końca podziemne… raczej wykute w skale… albo jeszcze lepiej – we wnętrzu góry. Tak, to ostatnie określenie najlepiej oddaje istotę gruzińskiej twierdzy Wardzia (ვარძია). Wzniesiona (lepiej chyba rzec – wykuta) została na przełomie XII i XIII wieku. Większość prac wykonano z inicjatywy królowej Tamar z rodu Bagratydów – jednej z najwybitniejszych władców Gruzji (na ścianie cerkwi do dziś zachował się portret królowej. Zważywszy na czas powstania – raczej wiernie ukazujący jej urodę). Gigantycznych rozmiarów twierdza, z pełną infrastrukturą, rozmieszczona na trzynastu kondygnacjach, mogła pomieścić do 60 tys. ludzi! I całe to gigantyczne „mrowisko” ukryte było całkowicie przed wzrokiem ludzkim. Dosłownie schowane we wnętrzu góry. Można było przejechać tuż obok, nie mając świadomości, że „pod ziemią” tętni życie. Cudowną koncepcję schronienia unicestwiło trzęsienie ziemi. Pod koniec XIII wieku część góry osunęła się, odkrywając misterne korytarze, sale, cerkwie, itd. Mimo tego uszczerbku w kamuflażu, miasto nadal żyło. Kres nadszedł dopiero w połowie XVI wieku w czasie najazdu Persów.

Dzisiaj – fort budzi zachwyt, zdumienie – generalnie jest efekt WOW. Do pewnego poziomu można podjechać busem, a potem już tylko „z buta”. Tarasy widokowe, mniej lub bardziej strome podejścia, pięknie dekorowana freskami cerkiew – widok cudowny. Ale najbardziej ekscytujące jest przejście zachowanymi w pełni ukrytymi korytarzami. Hmm… no ładnie, ale już wiem co czuje kret… I schody. Wszędzie setki schodów. Nierównej wysokości, szerokości, nachylenia… Spacer po tym mieście wymaga sprawności (nie powiem, że wyczynowej – ale blisko 🙂 )! Po kilkugodzinnym zwiedzaniu – bolały mnie nawet te mięśnie, o których istnieniu wie miałam pojęcia! Tak sobie, teraz myślę – ci Gruzini mieli wyjątkową kondycję!!!

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑