Sacrum natury. W hiszpańskiej Galicji odwiedzić można Plażę Katedr (As Catedrais). Te twory żywcem przypominające ruiny gotyckich kater, stworzyło dwu architektów: atlantycki wiatr i żywioł fal. W chwili odpływu można przechadzać pod obnażonymi łukami sklepień. I jak w „prawdziwych” katedrach delektować się cudowną akustyką. Słychać nawet szept, pomimo orkiestry fal morskich. A czasem gdy wiatr dobrze powieje to „organy” słuchać! A komu błąkanie się pomiędzy sterczącymi łukowato skałami się znudziło, może pozaglądać do jaskiń i grot, których tu pełno. Drobny szkopuł tylko w tym, że potrzebny nam jest odpływ… Inaczej cała plaża równo zalana wodą morską i możemy zaordynować sobie (w oczekiwaniu na odpływ) urokliwy spacer po zielonych i ukwieconych klifach… Pięknie, trochę zimno. A, i jakie cudowne powiewy od morza!!
To, że Barcelona jest Gaudiego – mamy ustalone. No ale przecież to cudowne miasto nie wyskoczyło spod ziemi za czasów mistrza Antonio. Stolica Katalonii metryczkę ma sięgającą Fenicjan. Przez blisko 100 lat była pod panowaniem Maurów. W wiekach średnich stała się stolicą hrabstwa. Tu była siedziba kancelarii Królestwa Aragonii. A jeszcze potem dotknęła miasto i wojna o sukcesję hiszpańską i wojny napoleońskie…
Barcelona to miasto mocno turystyczne. I dziwić się nie należy. CUDOWANA jest!!! A i zabytków z listy UNESCO sporo (głównie związanych z Gaudim) Ale i inne atrakcje nie wolno po macoszemu traktować. Kilka pięknych średniowiecznych kościołów. Między innymi katedra lub kościół Santa Maria del Mar. Mnie powaliły fasady. A precyzyjniej – żygacze. To istna bajka! Ależ poczucie humoru rzemieślnicy mieli… No no… Niektóre naprawdę wymiatają! Średniowieczny jest też kompleks pałacowy – Palau Reial Major. Zresztą cała średniowieczna dzielnica fantastycznie wciąga w klimat. Śladów późniejszych epok też sporo – np. XVII wieczny zamek Montjuic. No i słynny Plaça d’Espanya, powstały w XVIII wieku główny plac Barcelony. A nieopodal Font màgica – fontanna, która wieczorową porą wyrzuca w górę hektolitry podświetlanej wielobarwnie wody. I wszystko to w rytm brzmiącej (chyba na żywo, choć pewna nie jestem) muzyki. Magiczny koncert… A skoro o wodzie mowa. Warto w Barcelonie odwiedzić też oceanarium, w którym zaprzyjaźnić można się z rekinem, płaszczką lub innym konikiem wodnym Ech… W Hiszpanii nie ma brzydkich miejsc – to wiadomo! Ale Barcelona jest jednym z takich, do których mogę wracać raz po raz… I jakoś… nigdy się nie nudzi…
Barcelona Gaudim stoi!! To znaczy jest tam mnóstwo cudownym miejsc ale – Gaudim stoi! A że – Antonio jest jednym z moich ukochanych twórców – nie myślę się kłócić, z tą dość oczywistą prawdą. Facet zakręcony był jak słoik. Musiał być! No inaczej, takich cudów architektonicznych nie da się wymyślić… Jak domki z piernika, lukrowane czasem, a czasem z marcepanem i bakaliami. A innym razem jakby to termity zrobiły a nie człowiek wykombinował. Albo fale morskie na tyle długo brzeg okładały z impetem, że wreszcie uległ, pękł, odsunął się nieco by opływowym kształtem nie stawiać falom oporu – tak zdrowiej…
W Barcelonie kilka miejsc obowiązkowych dla fanów Gaudiego. No oczywiście La Sagrada Familia. Kościół budowany dłuuuuugo. I zanim go dokończyli – to już na listę UNESO wskoczył. Gaudi w sumie przejął budowę, ale po swojemu ją przerobił. To jest lustro, w którym natura się odbija. Tam nie ma dwu jednakowych detali – i każdy wykonany ręcznie. W środku, zamiast kolumn – rosną kamienne drzewa z koronami w miejsce kapiteli. Kościół ma 18 wież – to dwunastu apostołów, czterech ewangelistów, Maryja i Chrystus. Konsekrowano świątynię w 2010 roku (jeszcze do końca nie skończoną – plan na zakończenie to 2026 rok) a osiem lat później – poinformowano, iż świątynia od 136 lat budowana jest bez pozwolenia. Na szczęście do konsensu doszli…
Park Güell – park a w nim wtopiona architektura. Założenie było takie, że bogaci będą sobie pozwalać tu pomieszkiwać. Miało być ok. 60 takich mieszkanek, skończyło się na kilku. Ale fantastycznych Schody pełne symboli prowadzą do pawilonu głównego, który zwieńczony jest słynną ławką – gzymsem. Podobno uformowana jest tak, żeby „tyłek” się mógł wkomponować i bezboleśnie można było na kamiennej jednak przecież ławce siedzieć sobie i godzinami jeśli wola.
Casa Mila, Casa Calvet, Casa Batlló i Casa Vicens. No jest kilka tych Casa w Barcelonie. Ta pierwsza – chyba najbardziej znana. Tam kawałka prostej ściany nie ma! Mozaiki, witraże, jakieś „stalaktyty”, uskoki… Cudo! To chyba jedno z tych miejsc gdzie ewentualnie, mogłabym pomieszkać, gdybym Krakowa tak bardzo nie lubiła….
Czasem się człowiek zamyśli i tak idzie i idzie brzegiem rzeki… i nie zauważy nawet gdy jest już w innym mieście a potem zatoka oceanu atlantyckiego i już nie ma gdzie dalej iść… Albo trzeba wracać albo popływać. Tyle, że ja pływać nie umiem… Rio Nervión albo jak kto woli Ría de Bilbao bo przez Bilbao centralnie przepływa. To taka arteria miasta. Chociaż właściwie to bardziej chyba jakaś pępowina jest a nie arteria bo łączy z Bilbao kilka innych miast i płynie sobie aż do oceanu. Skąd nazwa rzeki? Jedni ją wywodzą od Peña Nervin a inni od cesarza rzymskiego Nerwy. Może faktycznie lepiej nazywać ją rzeką Bilbao i po problemie. Od zawsze była ważnym i strategicznym elementem pejzażu. Bo granica pomiędzy Baskami i Kastylią, bo trakt komunikacyjny, bo kolej wzdłuż koryta rzeki, bo rzeka też dla rozwoju handlu i przemysłu ważna, bo porty rzeczne, bo do morza Kantabryjskiego dopływa… Teraz jest w Bilbao fajnym traktem spacerowym. Idąc wzdłuż rzeki można sporo atrakcyjnych miejsc odwiedzić. A i wycieczkę turystycznym stateczkiem można sobie zaordynować i w ten sposób leniwy podziwiać zabudowę brzegów. A gdy człowiek się na dobre zatopi we własnych myślach, jak wspomniałam, i tak idzie i idzie bo go jakaś upatrzona fala prowadzi – to i do kolejnego miasta można dojść… A po drodze w sumie cicho gdy się już poza Bilbao wyjdzie. To jakaś kaczka dziób rozedrze bez sensu, to jakiś kot przejdzie połasi się i ucieknie, to jakieś ciut zardzewiałe maszyny ze starych przystani poskrzypią, to nowoczesne machiny zaświszczą pracując, to woda zaiskrzy w mocnym słońcu… Ot takie Hiszpańskie klimaty…
Ojej…. Ale tu ładnie… W sumie nie dziwi, że od miliona lat na terenie Burgos życie się działo… Byli tu Celtyberowie, Rzymianie, Arabowie, plemiona Germańskie i Wizygockie… W dzisiejszym Burgos najwięcej śladów pozostawił XV i XVI wiek. Na przykład oooolbrzymia katedra Marii Panny. Budowana znaaaacznie wcześniej ale najwięcej właśnie w XV wieku wykonano. To jedyny obiekt w Hiszpanii wpisany na listę UNESCO jako obiekt a nie zespół architektoniczny. To tutaj właśnie w trakcie modlitwy zamordowany został w 1869 roku gubernator Isidoro Gutiérrez de Castro y Cossio. Ach! W katedrze też pochowany jest, pochodzący z Burgos słynny Cyd Waleczny – kastylijski rycerz, którego czyny opiewano w pieśniach.
Jest też opactwo cysterek założony pod koniec XII wieku z najstarszym chyba w Hiszpanii witrażem. I są też kartuzi – dla odmiany w XV wieku sprowadzeni do miasta i kilka innych kościołów. A każdy koronkowej roboty! Ażurowe dekoracje… Sama nie wiem – piękniejsze są ich wewnątrz czy fasady… A jak sacrum już pozwiedzane to można połazić po górującym nad miastem zamku wzniesionym w czasie rekonkwisty. Jest też słynny pałac Casa del Cordón. Któż tu nie bywał… Obecnie gościnne mury pałacu otwierają swoje podwoje dla wystaw np. Picassa, Miró lub Dali.
Niesamowite miasto… A gdy kamienne koronki otulają o złotej godzinie promienie słońca… Hmmm… Klejnot – nie miasto…
Pamiętam że dotarłam do Cáceres jakimś późnym popołudniem. Słońce delikatnie otulały promieniami rozgrzane upałem dnia mury miasta. Jeden z kościołów jest na wzniesieniu. Nie pamiętam który. Podeszłam do okalającego go murowanego ogrodzenia. Widok na miasto był cudowny. To jeszcze nie zachodzące słońce. To nawet nie była jeszcze złota godzina. W kolorach miasta czuć było nadchodzący przyjemnie chłodny wieczór.
Jak w wielu miejscach w tym rejonie – metryczkę wyprowadzić można od prehistorii. Potem ślady rzymskie. W wiekach średnich raz muzułmanie a raz chrześcijanie miasto zajmowali. Ot, dzieje…
Pałace, fortyfikacje, muzea – to jasne. Sporo ich w mieście. Ale dla mnie Cáceres architektura sakralną stoi. Może przez ten widok brunatno brązowej panoramy miasta najeżonej wieżyczkami kościołów, który mam przed oczyma… Najważniejszy – to chyba XV- wieczna katedra NMP. Ale gotycki jest też kościół Jana i ten Mateusza i nieopodal Jakuba. Trochę późniejszych świątyń też jest. Na przykład barokowe sanktuarium Matki Bożej Górskiej. To chyba stojąc obok tego kościoła oglądałam panoramę miasta… Trudno się dziwić w sumie że w tak naszpikowanym kościołami mieście (wcale nie aż tak dużym) spektakularnie obchodzone są święta religijne. Zwłaszcza procesje w Wielkim Tygodniu które ulicami miasta idą – w zupełnej ciszy… A za dwa dni (23 kwietnia) będą obchody św. Jerzego. Wtedy organizowany jest uliczny spektakl w trakcie którego rycerz zabija wielkiego smoka. Biedny gad…
Myślenie o przeszłości to kotwica, która nie pozwala tej przeszłości odpłynąć, a nas blokuje przed tym by wypłynąć na szerokie wody i być otwartym na nowe cudowne podróże. Taki tekst gdzieś ostatnio przeczytałam. To prawda! Ale przekorna myśl pognała mi na plażę po której cudownie się spaceruje i miło się wspomina… Cullera – takie Hiszpańskie Hollywood. A właściwie odwrotnie bo napis na zboczu góry w Hiszpanii był chyba wcześniej! Nad miastem góruje zamek. Teoretycznie jest XIII wieczny, i wzniesiony na starsze arabskiej fortecy. W praktyce to bardziej rekonstrukcja, ale zachowane fragmenty historii – są. Nieopodal – Torre de la Reina Mora (zabytkowych ale późniejszych wież jest zresztą w mieście więcej). Niby stoi osobno ale jest to element dawnych fortyfikacji zamku. Po drodze na zamek przechodzi się przez dzielnicę żydowska jednak klimatu swojego nie zachowała do dzisiaj. Jak na miasto portowe przystało jest też mroczna legenda o Dragucie – słynnym korsarzu, który tutaj ukrył swoje skarby złupione z napadanych przezeń okrętów… Jaskinia pirata jest zlokalizowana – skarby nie. A skoro o jaskiniach mowa – jest też Abrigo Lambert ze śladami malowideł neolitycznych. Odkryta zupełnie niedawno bo 1995 roku i jak to często bywa – przypadkiem. Jak się komuś zwiedzanie znudzi – plażing. A plaże tu prima sort! I nie wiadomo co bardziej relaksuje – szum morza czy szum palm…
Pięknie tam i cieplutko… Hmmm… I bądź tu człowieku mądry. Jakie kadry pamięci są niepotrzebnym balastem, który trzeba wyrzucić by popłynąć, a które są cennym ładunkiem które pozwolą dopłynąć do zupełnie fajnego portu.
Romańskich perełek w prowincji Navarra – milion! Co dwa trzy kilometry jakiś kościół pielgrzymkowy z metryczką średniowieczną albo pustelnia albo klasztor… Santa María de Eunate (pierwotną nazwę można przetłumaczyć jako „dobre drzwi”) wybudowano na styku dwu dróg pielgrzymkowych do Santiago. Najpierw była tu pustelnia może też szpital dla pielgrzymów. W odnalezionych grobach, były też muszle jakubowe – więc to pochowani prawdopodobnie pielgrzymi którzy zmarli w drodze… Obecna świątynia jest na planie ośmioboku i otoczona arkadami z 33 kolumn.
Skąd się tu wzięła i to w takim kształcie? Wybudowana w szczerym polu… Jak na pierwotną pustelnie – ok. Ale to w sumie kościół. Miejsce do zatrzymania się strudzonych pielgrzymów na rozstaju dróg – może tak. Sporo tu elementów symbolicznych. Sam układ ośmioboku nawiązuje w symbolice chrześcijańskiej do zmartwychwstania lub rodzenia się do nowego życia. Niektórzy doszukują się w dekoracjach wręcz symboli ezoterycznych. Czasem kojarzona jest z templariuszami – ale nic właściwie na to nie wskazuje…
Hipotez mnogość, nic pewnego za wyjątkiem tego że w szczerym polu stoi romańska świątynia skrywająca miliony symboli i nie rozwiązanych dotąd zagadek…
Muzeum z jajami. Nie, nie! To żaden wulgaryzm ani figura retoryczna! Muzeum Salvadora Dali w Figueres jest par excellence z jajami. Cały budynek, wnętrze i plac przed, udekorowany jest mniejszymi i większymi jajkami. W swoim rodzinnym mieście, Dali założył muzeum w budynku starego teatru miejskiego. Muzeum godne pokręconego geniuszu artysty! W sumie to rodzaj mauzoleum, bo prochy twórcy umieszczone zostały pod granitową płytą we wnętrzu gmachu. Najsłynniejszych dzieł Salvadore tu nie ma ale te, które wypełniają wnętrza – wprowadzają w świat sennych iluzji, fantazji, wizji. To labirynt pokręconych myśli i wizualizacji Salvadora… Gdy się raz przekroczy próg – trudno z tego labiryntu wyjść, znacznie łatwiej jest się zagubić… A skąd te jajka? To jeden z częściej powtarzających się motywów w twórczości Dalego. Podobno zwykł mawiać ze „wykluł się z jajka” (I chyba trochę w to wierzę ). Najczęściej symbol ten wykorzystywał jako odniesienie do odrodzenia, zmartwychwstania, zbawienia, wyzwolenia, „wyklucia się” tego co nowe – nieskażone.
W samym Figueres, jest oczywiście sporo innych ciekawych miejsc typu XVIII-wieczna forteca de Sant Ferran (największa w Europie z tego okresu!), kościół Esglesia de Sant na San Pere itp. Ale po odwiedzeniu Dalego, na czymś co rzeczywiste – trudno się skupić.
Ostatnio kolega powiedział mi, że nie ma w Hiszpanii brzydkich miast. Choć zasadniczo lubię się kłócić – muszę mu przyznać rację. Nie ma takiego pojęcia jak zbyt częste podróże w tamte rejony (celowo takiego sformułowania używam mając świadomość różnorodności i zarazem podobieństw np. Katalonii, Balearów, Galicji, Andaluzji, Aragonii itd. itp.). Generalnie jednak w Hiszpanii nie ma brzydkich miast!
Kilkakrotnie miałam okazję być w katalońskiej Gironie. To chyba jedno z cudowniejszych średniowiecznych miast Hiszpanii. Miasto założył Pompejusz ok 79 pne. W V wieku przeszło w ręce Wizygotów a potem Arabów. Karol Wielki podbił na chwilę miasto. Przez kilka dobrych wieków prężnie rozwijała się tutaj gmina żydowska. I właściwie każdy z tych okresów, każda z tych religii i kultur, odbiła na mieście swoje piętno, każda pozostawiła swój ślad.
Najważniejszą świątynią miasta jest Catedral de Santa María. Zaczęto ją budować w XI wieku – skończono w XVIII. Wzniesiona na miejscu wcześniej istniejącego tu mauretańskiego meczetu. Jak to w Hiszpanii, kościół jest bogato zdobiony, wręcz koronkowo, ale największe wrażenie robi – największe gotyckie sklepienie na świecie! Jest też romańsko-gotycko-barokowy kościół Sant Feliu, który skrywa w swym wnętrzu nagrobki z czasów rzymskich. Poza tym kilka klasztorów, łaźnia arabska, wielka żydowska dzielnica El Call, fantastyczne mosty, a na deser odrobina Secesji, niczym lukier okrasza ten stylowy przekładaniec.
Któregoś razu do Girony zaglądnęłam tak po drodze, przy okazji. I… trafiłam na cudowny anturaż. Całe miasto obsypane kwiatami. To nie jest figura retoryczna! Dosłownie obsypane! Kwiaty wysypywały się ze wszystkich okien, oblepiały ulice i domy, walały się po schodach i podwórkach… Cudownie pachniało, cudownie łechtało estetyką barw, cudownie po prostu było… Jak się później okazało trafiłam na coroczny festiwal kwiatów. Girona wówczas, przez kilka majowych dni przeradza się w mozaikę kwiatowych kompozycji, muzyki, światła… i jeszcze szmer fontann. I jeszcze zwykle w tym samym czasie A Capella festival….
Chyba nabieram ochoty na to by odwiedzić po raz kolejny Hiszpanię… W Hiszpanii nie ma brzydkich miast!