Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 19 of 86)

Grecja – Riwiera Olimpijska

Czy plaża może być fajna? Hmm… Grecka tak! Do takich zaliczam Riwierę Olimpijską (choć z grecka raczej wypadałoby powiedzieć paralia a nie riwiera). To żadna kraina geograficzna, raczej określenie z branży turystycznej. A co tam ładnego? Plaża jak plaża, morze też, generalnie w dzień ciepło i tłoczno… Wokół mnóstwo kawiarenek, restauracji a i Zorbę jest gdzie zatańczyć. Ale – być podglądanym przez Zeusa i cały szwadron bogów olimpijskich – to nie byle co. 😅 Znad brzegu morza można zobaczyć Olimp, a przy dobrej pogodzie nawet tron Zeusa 😁. Błękit morza i okolic (jeśli się znajdzie coś mniej turystycznego) poraża pięknem. Wieczorami pejzaż przybiera całą paletę odcieni od żółcieni przez oranże do głębokich czerwieni i burgundów… Wtedy chyba plaża jest najpiękniejsza. Niemal pusto, zachodzące słońce maluje morze, kamienie i drzewa… i wystarczy tylko kieliszek wina, może kawałek dobrego greckiego sera… i można snuć rozmowy czekając, aż czerwienie zachodzącego słońca zastąpi poświata bladego księżyca…

Grecja – Saloniki

Saloniki (lub jak kto woli wcześniejszą nazwę – Tesaloniki). To taki trochę mix wielokulturowy, wielonarodowy, wieloreligijny… Pewnie też dlatego pretensje do „posiadania” Salonik ma co najmniej kilka narodów.

Miasto założone zostało w IV wieku p.n.e. przez króla Kassandra w miejscu równie strategicznym co urokliwym. Nie dziwi więc, że na przestrzeni wieków ważną rolę miasto pełniło (ze stołeczną włącznie). Było macedońskie, potem rzymskie, potem należało do Bizancjum, Imperium Osmańskiego, no i Grecji, a nawet miało epizod stolicy królestwa i potem cesarstwa Tesaloniki. Podbijane przez Arabów, Normanów, Turków… Generalnie – działo się…

Jak na tak bogatą historię (a może właśnie prze to…) niewiele w sumie zachowało się zabytków. Do tych najważniejszych zaliczyć można Białą Wieżę (to z czasów osmańskich), Łuk i mauzoleum Galeriusza (to z czasów rzymskich), może jeszcze bazylika Dymitra… Inne zabytki trzeba wyłuskiwać z przestrzeni miejskiej jak w korcu maku. Co oczywiście uroku samemu miastu – tak dla jasności – nie odbiera.

A teraz – to nie tylko miejsce turystyczne o bogatej historii. To również ważne centrum naukowe, akademickie i artystyczne. Czyli warto odwiedzić – niezależnie od tego czy przy okazji kongresu, wystawy czy tak po prostu by zobaczyć, że to ładne miasto jest.

Grecja – Dolina Tembi

Wielu ludzi widzi to co chce zobaczyć (choć rzeczywistość i prawda jest skrajnie różna od tego „patrzenia”). Znam też takich, którzy wydaje się, że patrzą – ale tak bardzo nic nie dostrzegają…

Kiedyś, tak trochę po drodze z Tesalii do Macedonii, zatrzymałam się na chwilę by odwiedzić Paraskewę – świętą od oczu. Aktualnie przebywa w Grecji w uroczej Dolinie Tembi. Naprawdę jest tam uroczo! Tutaj w źródlanej wodzie przyjmowała kąpiele Afrodyta przed spotkaniem ze swoim kochankiem Adonisem. Kiedyś była tu świątynia Apollina, który w tej właśnie dolinie zakochał się w nimfie Dafne. Dzisiaj także jest tu świątynia i trochę też z historią miłosną się wiąże. Święta Paraskewa oślepiła się by w ten sposób uniknąć ożenku z mężczyzną, którego wybrali jej rodzice. W sumie wychodzi na to, że Dolina Tembi to dziwne miejsce gdzie bogowie i ludzie mocno utrudniają sobie bardzo proste sprawy… Wróćmy jednak do Paraskewy. Żeby odwiedzić dedykowaną jej cerkiew, wzniesioną w miejscu gdzie według tradycji żyła (właściwie cerkiew wykuta jest w skale), należy przejść przez dość długi wąski most i krętymi kamiennymi schodami dochodzi się do sanktuarium. Sama cerkiew jest maleńka. Większość elementów wystroju, także ikonostas, wykonane są z drewna oliwkowego. Tak trochę – bałagan, ale za to pięknie pachnie kadzidłem i drewnem. Są tu cudowne źródła. Aż dwa! Jedno ukryte wśród oliwek to miejsce kąpieli Afrodyty. Woda z tego źródła podobno zapewnia szczęśliwą miłość. Drugie źródło bije w grocie. Trzeba przejść wąskimi korytarzami i zaczerpnąć ze źródła Dafne. Podobno woda z tego źródła wpływa dobroczynnie na wzrok. Dorzućmy jeszcze Paraskewę – patronkę od oczu (podobno za jej przyczyną polepsza się wzrok – i oczu, i duszy). Hmm… Niezły tercet!

Gruzja – Ananuri

Książęta Aragwi wyraźnie mieli niezły gust skoro takie twierdze sobie ordynowali jak ta w gruzińskiej Ananuri. To znaczy zamek był tu od XIII wieku ale to co widać teraz to efekt działań XVII wiecznych. Zamek wiele przeszedł, napadów i ataków zbrojnych aż do roku 1739, kiedy mury fortecy były świadkami rzezi jakiej dokonał na rodzinie Eristawi z Aragwi – Eristawi Szansze z Kasani. A wszystko przez jakieś drobne ale przez lata niewyprostowane niesnaski rodzinne… Zresztą zamek podzielił los mieszkańców – został podpalony. Potem jeszcze bunty chłopskie zrobiły swoje i na koniec stacjonujące wojska rosyjskie… Jak na takie burzliwe dzieje zupełnie nieźle się jednak trzyma. W centralnej części zamku – dwie świątynie min. bazylika Sioni p.w. Zaśnięcia Maryi Panny i Chrystusa, z pięknie i symbolicznie zdobioną fasadą (tak prawdę mówiąc znacznie atrakcyjniejsza jest na zewnątrz niż w środku) między innymi motywem drzewa życia. Z pomieszczeń mieszkalnych, też stosunkowo sporo zostało, ale i tak raczej wyobraźnia jest potrzebna by uświadomić sobie piękno twierdzy.

Zamek właściwie nie jest jakoś bardzo wielki ale cudownie położony z widokiem na zbiornik Żinwalskiego i rzekę Aragwi. Do tego natura, która wdziera się powoli i skutecznie w przestrzeń architektury, tworząc dekorację z konarów, gałęzi, korzeni, pnączy… urokliwie…

Gruzja – Batumi

Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o herbacianych polach Batumi ( ბათუმი)! Głównie z piosenki. 😉 Kiedyś śpiewały Filipinki teraz cover wyśpiewuje (udanie zresztą) Natalia Lesz. Tak jak to bywa z miejscami znanymi z piosenek lub filmów – pól herbacianych w okolicach Batumi dzisiaj niewiele. Ale na placu Pigalle też kasztanów nie ma. Wszystko w Batumi kieszonkowe. Lotnisko wielkości średniej jadalni, samoloty lądują niemal na falach morza bo pas startowy sięga brzegu, w zoo kilkanaście zwierzaków (licząc wraz z gołębiami, które wpadły w odwiedziny) itd. itd. itd. Ale… ładnie tu! I właściwie nie dziwię się, że miasto to tak popularne jest dla spędzania wolnego czasu.

Osada w tym miejscu istniała już w czasach rzymskich (podobno tutaj znaleziono złote runo!). Sama nazwa natomiast po raz pierwszy pojawia się w XI wieku. Zabytki – głównie eklektyczne, trochę współczesnych realizacji architektonicznych ale klimatycznie. Ciekawostką jest fontanna, z której płynęła czacza (taki ichniejszy bimber). Tyle że wystarczyło na jeden dzień bo kolejka do zwiedzania ustawiła się taaaak – z Batumi po granicę turecką. I sporo akcentów z serii romantic. To jakaś rzeźba zakochanych nieszczęśliwie, to rzeźba zakochanych szczęśliwie, to jakieś putto przysiadło zmęczone (jak tyle tych zakochanych musi ogarnąć, to kiedyś odpocząć trzeba!). Tylko ta plaża… Piękna! Ale kamoli….!!!! Z „plażingu” wraca się z sińcami. 🙂

Gruzja – bezdroża

Każdy kraj ma swoje „perły” kulturowe, historyczne, krajobrazowe, artystyczne – w każdym razie miejsca, które zobaczyć trzeba i basta. Ale czasem warto też przyjrzeć się bezdrożom. Przejeżdżając z jednego miejsca na drugie wiele osób przysypia w podróży dla zregenerowania sił. A szkoda! Bezdroża kryją wiele ciekawostek i smaczków. Na przykład dwukolorowa rzeka. Dosłownie dwukolorowa. A by być precyzyjnym czarno – biała. Aragwi – bo o niej mowa łączy w sobie nurty dwu potoków Białej Aragwi i Czarnej Aragwi. W miejscu, w którym się łączą, rzeka jest z prawej strony biała, a z lewej czarna. Można też coś przekąsić. Przydrożne stragany oferują głównie słodkości: lokalny miód (podobno najlepszy na świecie 🙂 ), czurczchele czyli orzechy nawlekane na sznurek i otoczone mazią z winogronowego syropu, cukru i maki kukurydzianej w kolorach – jakie „fabryka dała” 😉. Mogą być też wykonane z owej masy okrągłe cieniutkie, serwetkowante niemal placki – tklapi. Te przysmaki są wszechobecne. Czurczchele w smaku przypomina połączenie sparzonych orzechów z misiami żelowymi, zaś tklapi smakuje jak serwetka. Dla bardziej głodnych – w słoikach marynowane… wszystko. I coś co naprawdę przypadło mi do gustu (i wyglądało na najbezpieczniejsze dla zdrowia) to nazuki. Rodzaj drożdżowego chlebka z cynamonem i rodzynkami. Bezdroża bywają normalnie – atrakcyjne. 🙂

Gruzja – Bodbe

Czy cuda się zdarzają? Nie wiem… Pewnie tak… Pewnie nie każdemu… Pewnie nie od razu… Pewnie tylko na chwilę…

W dolinie rzeki Alazani wśród wysokich, rosłych cyprysów jest monastyr św. Jerzego w Bodbe. Tam podobno cuda się zdarzają taśmowo… Właściwie to cały kompleks – bo jest cerkiew i monastyr i dzwonnica i uprawy, ogrody wokół. Urokliwe miejsce. Monastyr miał być wzniesiony na życzenie św. Nino, która zresztą dożyła tu swoich lat i została pochowana. To taki prezent dla świętej za uzdrowienie królewskiej małżonki. Przy czym historia działa się w IV wieku. Obecne zabudowania to wiek IX i mocne przebudowy w XVII i wznoszenie na nowo po zniszczeniach. Ze względu na grób św. Nino, Bodbe stało się szybko miejscem pielgrzymek i miejscem cudów. Podobno każdy kto z przekonaniem o coś prosi – otrzymuję. Jest tam też ikona. Taka trochę jak częstochowska, ale tę pocięli lekarze w czasach radzieckich gdy monastyr był przerobiony na szpital a ikona miała być (jak jedna z desek) częścią stołu operacyjnego. No i co oczywiste – jest też cudowne źródełko św. Nino.

Hmmmm… Naprawdę jest tu cudownie! Zwłaszcza gdy usiądzie się na zielonych tarasach tuż obok cerkwi i ucieknie wzrokiem gdzieś tam daleko gdzie widok na Kaukaz.

Gruzja – Bordżomi

Bordżomi – kurort taki w Gruzji, a precyzyjniej w Małym Kaukazie. Nie jest jakoś wyjątkowo leciwie bo zaledwie z XIX wieku ale rozwinęło się cudnie gdy odkryto tam źródła wody mineralnej, która podobno zdrowotnie cuda czyni, a już szczególnie dobrze robi żołądkowi 😊. No a jak sam Romanow się miejscem zainteresował to już w ogóle… W czasach sowieckich nadal i niezmiennie było to zupełnie modne miejsce do zażywania zdrowotności u wód i dzisiaj zasadniczo też. Sama woda – cóż smakuje jak… No… ona musi być zdrowa… bo tak smakuje, że musi… I co istotne – aromat zgniłych jaj dorównuje smakowi… Ale zdrowa to ludzkość pije! Mało tego w basenach, w tej właśnie wodzie można kąpieli zażyć. Też oczywiście cuda czyniącej… 😊

W sumie miłe miasteczko. Ładne kolorowe i „koronkowe” wręcz domki – takie w klimacie uzdrowiskowym jak ulał. No i park z cokolwiek zaskakującymi „instalacjami”. Ale drzewa ładnie szumią na zmianę z wodą. Albo raczej w duecie… 😊

Gruzja – Camida Sameba

Monastyr Camida Sameba u stóp góry Kazbek, to chyba najbardziej rozpoznawalna „pocztówka” z Gruzji. Mrowie turystów przychodzi (przyjeżdża) tu jednak głównie dla widoków i panoramy a nie samej cerkwi, która dla pejzażu swoją drogą jest cudownym sztafażem. Klasztor zbudowany został na wysokości 2170 m n.p.m. Zatem – można tam albo wejść „z buta”, albo wyjechać jeepem albo konno (tę ostatnią możliwość rekomenduję 🙂 ). Monastyr datowany jest na XIV wiek. Miejsce dość odległe, wysoko w górach… Zapewne dlatego cerkiew w XVIII wieku, służyła jako miejsce przechowania najcenniejszych relikwii Gruzji (np. krzyża św. Nino). Nawet w czasach sowieckich nie została zbezczeszczona. Oczywiście liturgia nie była wówczas sprawowana ale sama cerkiew nie została zniszczona. W cerkwi po lewej stronie ikonostasu wisi cudami słynąca ikona – Hodegetria przystrojona w srebrną sukienkę. Podobno modlitwy zanoszone tam, doczekują się szybkiego błogosławieństwa. Czekam…

Gruzja – Dżwari

Gruziński Monastyr Dżwari (ჯვარი, ჯვრის მონასტერი) czyli Monastyr Krzyża. Podobno świątynia wzniesiona została dokładnie w miejscu, w którym zatrzymała się na modlitwę św. Nino – apostołka Gruzji. Według niektórych podań to tutaj właśnie uplotła krzyż, który z czasem stał się nie tylko atrybutem świętej ale generalnie chrześcijaństwa w Gruzji. Ma on charakterystyczne opadające w dół ramiona, bowiem według tradycji św. Nino uplotła go z giętkich winorośli. Inni twierdzą, że święta na tym wzgórzu jedynie postawiła duży drewniany krzyż – górujący nad okolicą. Podobno celowo wybierając miejsce, w którym pierwotnie stał posąg pogańskiego bóstwa Armazi. W świątyni do dzisiaj przechowywane są fragmenty tego krzyża. Obecna czteroapsydowa świątynia na planie krzyża greckiego wzniesiona została w VI wieku, ale w tym miejscu ślady wcześniejszych kościołów i monastyru mają o wiele starszą metryczkę.

Piękne zdobienia na fasadach, surowe wnętrze z monumentalnym krzyżem na środku, i cudowna panorama widoczna wokół świątyni… Może dlatego jest to jedno z miejsc szczególnie lubianych i często wybieranych przez nowożeńców… A może jest jakiś inny powód… kto wie…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑