Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 13 of 86)

Armenia – Tatew

W Armenii „orlich” monastyrów sporo. Jednym z nich jest Tatew. Do niedawna nie do zdobycia – a przynajmniej dość trudny. W sensie dosłownym! Kręta, wąska droga przez głęboki wąwóz, na wysokie wzgórze… Generalnie pod górkę. Zmieniło się to w 2010 roku gdy została zrealizowana idea kolejki, którą wyjechać można niemal pod sam klasztor. Pierwsze zabudowania kompleksu datowane są na IX wiek, choć tradycja tego miejsca sięga wiele wieków wcześniej. Miejsce pod świątynię i zabudowania klasztorne nie zostało wybrane przypadkowo. Poza tym, że urokliwe i co nie bez znaczenia – trudno dostępne, to jeszcze jest to prawdopodobne miejsce pochówku św. Eustachego, ucznia św. Tadeusza Judy. W wiekach średnich monastyr kwitł. W bibliotece klasztornej przechowywano w latach prosperity, 10 tys. manuskryptów! W świątyni przechowywano między innymi relikwiarz krzyża świętego tzw. krzyż Babneński. Prowadzona była tutaj także szkoła artystyczna, w której adepci przez kilka lat uczyli się malowania miniatur, fresków, oprawy ksiąg itp. Monastyr był kilkakrotnie niszczony i to nie zawsze za przyczyną człowieka. Czasem było to normalne, zwyczajne trzęsienie ziemi… I nawet tańcząca kolumna nie pomogła! To ok. 8 metrowa kolumna, która nadal stoi na placu przed świątynią. Zbudowana z niewielkich kamieni, w taki sposób, że zaczyna się poruszać gdy ziemia drży (od zbliżających się ruchów tektonicznych lub zbliżającej się jazdy wojsk nieprzyjacielskich). Obecnie monastyr jest odbudowywany. Zarówno materialnie jak i duchowo… Powoli zaczyna być nie tylko atrakcja turystyczną ale na powrót centrum artystyczno – religijnym. Co daj Boże 🙂

Armenia – Wagharszapat

Wagharszapat (dawniej Eczmiadzyn) to jedno z najstarszych miast Armenii, a na pewno miejsce, gdzie można odnaleźć najstarszy Armeński kościół. Kościół – Matkę zaczęto wznosić już w 301 roku a dwa lata później kościół już istniał i działał (obecny budynek to efekt przebudowy z V wieku). Według tradycji miejsce pod wzniesienie świątyni wskazał Grzegorzowi Oświecicielowi sam Chrystus (a przynajmniej nazwa o tym świadczy). Świątynia i przyległe zabudowania stały się siedzibą biskupa i patriarchów Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego. Stały się też ośrodkiem naukowym i szkolnym. W wiekach kolejnych kompleks stawał się coraz bardziej rozbudowany. Pojawiły się klasztory (najpierw Rypsymy potem kolejny – Gajany).

Miasto podzieliło losy tamtejszych ziem. Najpierw Turcy potem Mongołowie i Tatarzy, a na „deser” Rosja i jeszcze raz Turcy. Swoją drogą Eczmiadzyn to taka trochę nasza Częstochowa tyle, że znacznie późniejsza. Tutaj też – wielka bitwa pod Sardarapatem – i Turcy zmuszeni do odwrotu. Obecnie Kościół i cały kompleks to narodowa świętość Ormian zwłaszcza, że przechowywane są tutaj takie pamiątki jak włócznia Longina. Podobno przywiózł ją tutaj sam Tadeusz Juda!

Armenia – Zorac Karer

Miejsca tajemnicze, zagadkowe, które prowokują do zadawania pytań… Takim jest niewątpliwie Zorac Karer (śpiewające kamienie) – takie armeńskie Stoneheng. Tyle tylko, że to ormiańskie jest o wiele starsze od swojego angielskiego (i bardziej medialnego) krewniaka. Datowane są najczęściej i co najmniej na około 7 500 lat. Cały kompleks to 223 ustawione na sztorc głazy, z których w 84 wywiercone zostały okrągłe otwory o średnicy ok 5 cm. Część z nich ustawionych jest w okręgu, reszta pozornie rozrzucona wokół. Kamienny krąg był obiektem zainteresowań już od wieków średnich, badania na szeroką skalę przeprowadzono jednak dopiero w latach 80-tych XX wieku (badania kontynuowane są właściwie do dzisiaj). I co z nich wyszło? Że: albo to jest pogańska świątynia ormiańskiego boga słońca Ari; albo obserwatorium astronomiczne, albo osada otoczona kamienną palisadą, albo nekropolia… No łatwo nie jest. Każdy szuka niepodważalnych dowodów rzecz jasna. Tyle że, np. okrągłe otwory w skałach dla jednych są ułatwieniem przy transporcie a dla innych są dowodem na obserwatorium (ustawione są tak, że można przez nie obserwować w odpowiednie dni roku planety i gwiazdy). I bądź tu człowieku mądry. 🙂

Czy takie miejsca jak to mają jakąś magię? Nie wiem. Ale gdy zdarzyło mi się tam kiedyś być, zmęczona przysiadłam na jakimś kamieniu – tak by ogarnąć wzrokiem, znaleźć ciekawy kadr itp. Nieopodal kręciła się jakaś para, jakby wyczekująco. Myślałam, że chcą sobie zrobić w tym miejscu zdjęcie. Ale nie! Pan zainteresowany tym, że siedzę na kamolku, zapytał czy w tym właśnie miejscu jest jakaś moc i czy czuję jej działanie i energię płynącą z ziemi. Nie czułam nic oprócz przyjemności odpoczynku, czym mocno zniechęciłam moich rozmówców. Ludzie szukają czasem mocy nie tam gdzie ona naprawdę jest… Czy to znaczy, że Zorac Kater nie ma magii? Oczywiście, że ma!!!! Gdy wieczorem słońce chyli się nad horyzontem i ciepłym światłem otula wszystko dokoła, a wiatr wygwizduje swoją melodię w kamiennym kręgu – jest magia…

Austria – Wiedeń

„Wiedeńska krew”… albo nie… „Nad pięknym modrym Dunajem”… a może „Zemsta nietoperza”, „Czarodziejski flet” albo nie, nie… raczej „Marsz Radeckiego”, „Symfonia G-dur – Z uderzeniem kotła”, „IX Symfonia”, „Sonata księżycowa”, … a może na poważnie – „Requiem”!

Właściwie nie wiem z czym Wiedeń mi się kojarzy – chyba po prostu z cudowną muzyką, Straussa (dowolnie wybranego!), Beethovena, Mozarta, Haydn’a. A może to tylko CK przyzwyczajenia rodowitej krakowianki 🙂, w każdym razie w Wiedniu nie sposób, nie „bywać”. Moja babcia jeździła do Wiednia na zakupy, dziadek opowiadał często jak obstalował sobie tam frak, a ja czasem spaceruję ulicami miasta, które teraz już nieco inny ma anturaż, nieco inny „przekrój społeczny”, nieco inną kolorystykę ulicy i… wspominam opowieści dziadka.

Chyba to naturalne, że krakowianie czują się tu jak u siebie. Przecież Wiedeń w XIX wieku stał się swoistym wzorem urbanistyki i architektury dla Budapesztu, Lwowa czy właśnie Krakowa (wiem, w tym ostatnim przypadku dalekie to echa, ale jednak echa). Miasto jest cudownym kalejdoskopem sacrum i profanum przeplatających się ze sobą epok i styli. Z jednej strony gotycki Stephansdom, obok barokowy Karlskirche a nieco dalej XIX wieczny Votivkirche. Towarzyszą im monumentalne pałace Augartenpalais, Schloss Schönbrunn, Palais Kinsky lub majestatycznemu Hofburgowi. Dla miłośników zieleni miłym będzie Schonbrunn, Kahlenberg, Donaupark, Stadtpark, Beethovenpark, itd. Generalnie, parków ci tutaj dostatek! Wiedeń to nie jest miasto na jedną opowieść. Zatopię się więc w „Opowieściach lasku wiedeńskiego”, planując kolejne wiedeńskie spacery 🙂

Azerbejdżan – Błotne wulkany

W Azerbejdżanie jest 1/3 wszystkich wulkanów błotnych świata! Tak fajnie mają. Fajnie – bo to i ciekawe zjawisko, i błotko lecznicze i regeneracyjne dla organizmu ludzkiego (jeśli się je dozuje a nie do błota przypadkiem i na wieki wpadnie…) i atrakcja turystyczna jak malowanie! Par excellence „malowanie”, bo krajobraz trochę jak księżycowy, trochę jak z jakiegoś filmu fantasy… Przy wulkanie Qılınc, mnie się kadry z „Seksmisji” zwizualizowały 😊 Myślę, że scenograf tutaj mógł spokojnie sfotografować peeejzaż i do kopuły – atrapy, na plan filmu przenieść 😊 😊 A tak w ogóle to chyba moje skojarzenia fantasy są słusznemu skoro wulkany błotne Azerbejdżanu mają taką samą strukturę jak analogiczne twory na Marsie…

Ale o samych wulkanach. Słowo wulkan kojarzy mi się z górą. Te błotne – to w większości raczej wypryski lub kałuże, które bulgocą i wypluwają błotko. Czasem oprócz błotka też ropę. Są oczywiście też takie wulkany pełną gębą jak Wulkan Gotur Dag, który ma 150 m albo Wulkan Ayranteken plujący też ogniem żywym. Istnieje również odmiana podwodnych wulkanów błotnych, których jest około 140 w Morzu Kaspijskim. Te na powierzchni odcinają się kolorystycznie od ugrowego otoczenia, a ich kolor zależny od tego co im się ulewa. Pierwsze zapiski o atrakcji jaką są błotne wulkany mamy z IX wieku, z prac podróżnika, geografa i historyka w jednym – Abu al-Hasana Ali ibn al-Husajna al-Masudiego. Potem pojawiają się systematycznie w dokumentach z różnych epok. Od XIX wieku zaczęto się niemi zajmować programowo i naukowo.

Kilka lat temu został otwarty Palçıq Vulkanları Turizm Kompleksinin. Komfortowo turysta może zobaczyć osiem wzniesień wulkanicznych ale i zażyć kąpieli błotnych i zwiedzić niewielką ekspozycje szkieletów zwierzęcych i zwierząt spreparowanych. Tu akurat nie bardzo rozumiem związek bo część tych zwierzaków nigdy na tych terenach nie występowała. Mówiąc „na tych terenach” mam nie na myśli nie tylko Azerbejdżan ale i Eurazję.. Ale ekspozycyjnie wystawa bardzo ok. W innym budynku – minerały. Może niezbyt obfite ilością ale zupełnie dobrze pokazane. A! I błoto w gustownej butelce można kupić „na zaś” dla zadania sobie urody 😉

Azerbejdżan – Gabala (Kabalaka)

Gabala albo jak kto woli Kabalaka – w każdym razie archeologiczna poważna miejscówka w Azerbejdżanie. To ruiny warowni, która od IV wieku pne ważnym ośrodkiem była, a i prawdopodobnie – stolicą Albanii Kaukaskiej. Rzymianie, Persowie, Gruzini też próbowali raz za razem tu rezydować – z różnym skutkiem.

Zwiedzanie tego stanowiska archeologicznego jest poważnym wyzwaniem. Albo wycieczka na cały dzień albo wspomóc się można samochodowym przemieszczaniem od jednego punktur do drugiego – a jest ich kilka. Salbir (III wieku p.n.e. do XII wieku p.n.e.), w tym miejscu odkryto sporo artefaktów świadczących o wadze miejsca na jedwabnym szlaku handlowym. Gala – to część średniowiecznego zamku. Zachowały się fragmenty murów warowni. Jeśli tak imponująco i mocarnie wyglądają resztki to jak musiał wyglądać cały mur!! Rzymski amfiteatr też jest – z I wieku. Część stanowisk, jest zadaszonych, zabezpieczonych (na przykład wspomniany Salbir). Widać kolejne warstwy archeologiczne. Trochę piwnic, jakieś naczynia, kości… Do kompleksu należy też Centrum archeologiczne, gdzie niewielka wystawa. Przede wszystkim prowadzone tam są wykłady, spotkania, też prace konserwatorskie i badania archeologiczne i historyczne. A same wykopaliska… pięknie otulone naturą w kolorach… hmmm… ciepłych ale nie takich bajkowych. Szłam  spory kawałek drogą wśród pól przyschniętych mocno o tej porze roku. Jakiś las dalej i chyba też jakaś rzeka lub wspomnienie po niej… Słońce mocno grzało. Może te kolory sepii i ugru zamiast szumiącej zielenią trawy, może cisza wokół (bo tłumów turystów nie było żadnych), może kolory tak jakoś zaskakująco dobrane do błękitu nieba. Nie wiem… ale czułam się jakbym zaraz miała znaleźć jakiś portal, bramę do innego wymiaru. A potem nagle zobaczyłam gigantyczne dwa fragmenty bramy murów miejskich Kabalaka…

PS

A gdy łaziłam po ruinach – pod nogi mi wlazły kwiatki w kolorze mojej sukienki 😉 Ha! 

Azerbejdżan – Park Narodowy Qobustan

Niewiarygodne to miejsce ten Park Narodowy Qobustan! Najpierw muzeum – takie sobie w sumie… Jakieś makiety, trochę grafik, rysunków, nawet kilka artefaktów jest. Ale potrzebne dla zrozumienia co się za chwilę w realu zobaczy! A realu – trasa biegnie tak od skały do skały, od groty do groty a w tam – około 6 tys. prehistorycznych, wyrytych na skalnych ścianach petroglifów! Ludzie przy swoich zajęciach, czasem ustawieni w jakimś dziwnym tanecznych szeregu, czasem w jakichś na poły magicznych sytuacjach… Zwierzęta przeróżne, byki, osły… czasem się na nie poluje, czasem luzem łażą… Najstarsze datowane są chyba na kilkadziesiąt tysięcy lat pne! Oprócz samych petroglifów znaleziono tu miejsca pochówku ale też zwyczajnie zamieszkałe groty. Oczywiście te dzieła narastały przez kolejne setki i tysiące lat! Nie tworzył je jeden prehistoryczny artysta 😉 Widać po zmieniającej się formie, tematyce i takich tam. Ale niezaprzeczalnie pokazują jakie dwie kultury bliskie człowiekowi były od najdawniejszych czasów. Jakie dwie kultury są kwintesencją człowieczeństwa. To kultura artystyczna i religijna. Magiczno-kultowej funkcji wyobrażeń nie jest potrzebny artyzm – a jednak jest. Artyzmowi nie są potrzebna odniesienia religijne – a jednak są. Czyli w sumie kusi by zmodyfikować stare rzymskie „chleba i igrzysk” na „kultury artystycznej i religijnej”! A propos „stare rzymskie”. Jest też ślad późniejszy: IMP DOMITIANO CEZAR ŚREDNI GERMAŃSKI, LVCIVS IVLIVS MAXIMVS CENTVRIO LEG XII FVL To odnaleziona w miejscu najdalej wysuniętym na wschód inskrypcja rzymska.

A! Muzyczny akcent 😉 Nieopodal wejścia do rezerwatu jest śpiewający głaz. Uderza się w mniejsze a ten wielki zaczyna wydawać dźwięki 😊

Azerbejdżan – Şamaxı (Szemacha)

Jak powiemy Şamaxı to w Polsce niewiele osób skojarzy Jak powiemy Szemacha – może będzie ciut lepiej, choć pewnie zbiorowego „Aaaaaa… to wiem!” też nie usłyszymy. Jak powiemy Kamachia – to zgłoszą się z wiedzą chyba tylko historycy – starożytnicy. Niewielkie miasto w Azerbejdżanie słynne głównie dzięki meczetowi. W sumie historycznie miasto miało ciut przechlapane. Ale nie nie! Nie wojny najazdy i takie tam. Po prostu co kilka a najdalej kilkadziesiąt lat trzęsienie ziemi urbanistykę nadwyrężało. Miasto jednak było bogate i często wspominane w zachowanych źródłach i odwiedzane przez podróżników, kupców, misjonarz wszelakich i takich tam –  bo na szlaku jedwabnym było a i też na kilku innych szlakach. Karmelici którzy przybyli tu w XVII wieku napisali że miasto zamieszkują głównie Persowie i Ormianie. Derwisz Mehmed Zillî w XVII wieku wspomina że było to gigantyczne miasto z wieloma meczetami, szkołami i łaźniami.

Najbardziej znaną budowlą w mieście jest meczet, który jest jednym z najstarszych, jeśli nie najstarszym w ogóle w Azerbejdżanie. Jego powstanie datuje się na połowę VIII wieku. Zaznaczyć należy, że to co zwiedzmy teraz to rekonstrukcja, ale już ustaliliśmy że trzęsienia ziemi miasta nie omijały. Rozmiarami też imponuje, bo myślę że wśród meczetów na Kaukazie – jest w pierwszej trójce. Inicjatywę budowy przypisuje się arabskiemu dowódcy Maslama ibn Abd-al Melikowi. Cały meczet jest na planie prostokąta. Podzielony na trzy sale – i ten plan mimo licznych przebudów nie został zmieniony. Chyba najwięcej innowacyjnych przeróbek architektonicznych wprowadził Józef Plośka, ale to jakoś mocno nie dziwi bo śladów polskich w Azerbejdżanie na każdym kroku, stadami się pojawiają! Więc czemu by w bryle architektonicznej meczetu ich miało nie być. Dla mnie – pięknie się wpisywały dywany. Nie dlatego że kolorowe czy misternie tkane. Ich linie biegnące równolegle do siebie stwarzały niesamowitą głębie w półcieniach i pląsających we wnętrzu światłach.

Z czego jeszcze słynie Şamaxı? Z tancerzy. To taki specyficzny rodzaj tańca i specyficzna grupa – trochę tancerzy, trochę kurtyzan, trochę potów i pieśniarzy… Po prostu tancerze Şamaxı. Tańczyły głównie kobiety (choć nie tylko podobno). Grigorij Gagarin – malarz i generał w jednym namalował kilka prac przedstawiających te tancerki i akompaniujących im muzyków, a Aleksander Duma wspomina o dwu tancerkach i jednym tancerzu wirujących w rytmie kastanietów. Ach i jeszcze szkoła tkacka i dywany! Ale dywanów akurat w całym Azerbiedżanie w bród. Tkanie to taki azerski sport narodowy 😉

Azerbejdżan – Suraxanı

Suraxanı znaczy tyle co „kopalnia bogów”. Czasem też kojarzone jest z nazwą Ātashgah czyli „ciepły dom”. I w sumie słusznie! Bo po pierwsze sporo tam szybów naftowych, która jak wiadomo od czasu do czasu płoną… Ale co ważniejsze (dla mnie😉) jest też w tym azerbejdżańskim mieście, świątynia ognia. Świątynia… I przydałoby się dookreślić jakiej religii ale właściwie to słusznym jest skupić się na samym kulcie ognia bo świątynia związana jest zarówno z zaratusztrianizmem jak i hinduizmem oraz Sikhami. Ātash znaczy ogień – faktycznie cały czas płonie na dziedzińcu w samym środku zamkowego kompleksu świątynnego. Dziedziniec, na środku ogień na ołtarzu (pierwotnie płonął w sposób naturalny dzięki złożom ropy i gazu, teraz jest podtrzymywany sztucznie) a dookoła cele dla mnichów. Tak pomyślany kompleks wzniesiony został w XVII wieku i i z przebudowami, trwał do XIX w sposób czynny i aktywny religijnie.

Pierwotnie miejsce to służyło zaratusztrianom. (choć konkuruje o palmę pierwszeństwa z hinduizmem). Zaratusztrianie czczą Atar – święty ogień, a pod jego postacią boga Ahura Mazda. W Hinduizmie, kult ognia należy wiązać z bogiem Agni. Co było pierwsze w Ātashgah? Podpowiedzą do rozwiązania zagadki mógłby być zachowany motyw trójzębu, który mocno się kojarzy z hinduizmem. Ale można go też interpretować jako zaratustriański znak: „dobrych myśli, dobrych słów i dobrych uczynków”. Z Sikhami w sumie najmniejszy problem bo ze względu na powstanie samej religii i ślady w Ātashgah – na pewno nie byli pierwszymi, którzy sprawowali tu kult. Może najbardziej zgodna będzie relacja jezuity Jacques Villotte, który napisała, że Ateshgah był czczony przez hindusów, sikhów i zaratusztrian. I już!

Na murach świątyni można znaleźć siedemnaście interesujących inskrypcji. Analiza testów (hinduskich, sikhijskie i perskich – czasem pisanych z błędami, co ciekawe) wskazuje na praktykowany kult ale i pozwoliły datować wzniesienie obecnego kompleksu na XVII wiek na miejscu znaaaaacznie wcześniejszego kultu.

Teraz, to muzeum. Czy historię miejsca się w nim czuje? Trochę tak. Ale raczej na samym dziedzińcu. Pusty, tylko na środku płomienie rywalizujące ciepłem i blaskiem ze słońcem… W kolejnych celach gabloty, makiety i prezentacje, ale częściej  naturalnej wielkości manekiny udające mnichów wszystkich związanych z miejscem religii. Jeden medytuje, innych pracuje, ot taki dzień za dniem… Ale… czasem Ātashgah ożywa, gdy pielgrzymi przyjeżdżają by niezmiennie jak przed wiekami, sprawować w tym ważnym religijnie i historycznie miejscu kultu…

Belgia – Bruksela

Czekolada zawsze nastrój poprawia! A jeśli jest potrzeba solidnej rekonstrukcji dobrego nastroju, to już tylko czekoladki belgijskie mogą zaradzić. 🙂

Pierwsze wspomnienie z Brukseli jakie zwykle przychodzi mi na myśl to właśnie czekolada. Ale nie praliny jako takie. Niedaleko rynku jest sklep z czekoladkami, a na wystawie sporych rozmiarów fontanna – w której, rzecz jasna czekolada płynie kaskadą. Tak… Bruksela w moich wspomnieniach pachnie czekoladą z tej fontanny…

Bruksela to siedziba króla i parlamentu Belgijskiego, to miasto instytucji UE i NATO, gdy odwiedza się to miasto nie sposób o tym nie pamiętać (budynki tych instytucji – zwłaszcza dwu ostatnich, kłują w oczy monumentalnymi bryłami), ale chyba przyjemniej zanurzyć się w historię i sztukę tego miasta. Sporo tu „literackich” pomników, bo i Don Kichot z Sancho Pansa dumnie na cokole się pręży wypatrując wroga, i słynni ślepcy potknęli się i o mało nie zlecą z kolumny, i jeszcze bardziej słynny Manneken pis (tak lepiej brzmi niż „siusiający chłopiec”). Chłopczyna (według legend syn królewski lub mały bohater, który uratował miasto) często odziewany jest schludnie. W 2007 roku paradował nawet w krakowskim stroju 🙂. Generalnie sporo w Brukseli gotyku i secesji – a to jedno z lepszych połączeń! Wspomnieć wystarczy Katedrę Świętego Michała i Świętej Guduli lub Kościół Notre-Dame du Sablon w Brukseli, brukselski ratusz, Grand-Place, Galeries st Hubert itd. itp. O każdym z tych obiektów osobną historię opisać można i wypada, ale… dla mnie, Bruksela i tak pachnie czekoladą z fontanny…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑