Miesiąc: wrzesień 2024 (Page 15 of 16)

Indie – Junagarh Fort

Czerwony, złoty, alabastrowy, koronkowy, szesnastowieczny Junagarh Fort. I mocarny do tego – bo był niemalże nie do zdobycia! W sumie duży… Kolejni władcy dokładali kolejne pomieszczenia i się rozrastało „maleństwo”.😉 Do dzisiaj zresztą w jednej z części aktualna rodzina władców zamieszkuje. Te najbardziej chyba wypasione części fortu to Chandra Mahal. Ileż tam inkrustacji, kameryzacji, kolorów… Pokoje Anup Mahal – w sumie też niczym nie ustępują. No generalnie – na bogato! W sumie to jest kompleks pałaców, dziedzińców i świątyń. Do fortu prowadzi siedem bram. Oczywiście uzbrojone „kolczastymi” wrotami i zbudowane z takimi „zakrętami” by słonie nie zdołały ich sforsować. Swoją drogą figury dwu słoni zdobią Bramę Słońca, strzegąc pewnie Fortu. Przy innej, czerwone odciski dłoni żon władcy. To znak, że popełniły sati…

Trafiłam tam późnym popołudniem. Słońce czule otulało koronkowe mury fortu. Turystów już prawie nie było. Pora taka, że przenieśli się do miejsc pozwalających na degustacje czegoś tam dobrego 😊 I tak snułam się niemal samotnie po dziedzińcach, jakichś balkonach, dachach przerobionych na tarasy. Długie cienie towarzyszyły mi wiernie. Słońce pieściło miłym ciepłem zachodu. A mnie się wizualizowały stopklatki… Anturaż szyty na miarę do jakiegoś filmu albo fot sesji.

Tak sobie myślę… Otaczanie się pięknem, jakaś nieoczywista muzyka sącząca się w tle, dedykowane światło, natura grająca w harmonijnym duecie z wytworami rąk ludzkich. To ważne. To sprawia, że może poczuć ułamek sekundy szczęścia… Ci z Junagarh Fort chyba o tym wiedzieli…

Indie – Mandawa

Mandawa – czarodziejskie miasto, w którym można się zagubić… Klimatyczne, jak na Indie bardzo ciche, ekscytujące, wciągające, kuszące, romantycznie, niesamowite troszkę… Miasto założone zostało w XVIII wieku jako kupieckie (a wszystko zaczęło się od wykopania studni… 😎). Kwitł tu handel opium, bawełną i przyprawami – norma. Zatrzymywały się w forcie karawany wędrujące z Chin i Bliskiego Wschodu… A że, handel popłaca – rezydencje (haveli) w iście pałacowym stylu, wyrastały jak grzyby po deszczu. Większość o cudownie malowanych fasadach, ze scenami wszelakimi – religia przeplata się z wyuzdanym seksem, tradycja z nowoczesnością – co właściwie w tym klimacie kulturowym, jakoś nie dziwi nikogo mocno…

Większość odwiedzających zachwyca się haveli, ubolewa że niszczeją, wpadają grupowo do jakiejś świątyni i wypadają z miasta dalej zwiedzać. Błąd! Tutaj trzeba się zatrzymać. Pozwolić pieścić się promieniom słońca, wsłuchać w muzykę ulicy… Tu przemknie gdzieś ktoś na camel-taxi, tu odgłosy ożywionej dyskusji, tam odgłosy modlitw, jakieś nawoływania… I wszystko skąpane w najcudowniejszych promieniach zachodzącego słońca… kusi, mocno kusi taki klimat…

Indie – Mandawa, haveli

Mandawa to kupieckie, cudownie kolorowe miasto, ale o nim następnym razem. Na razie o haveli jako możliwości do zameldowania. 🙂 Miło i ładnie mieszkać to oczywista konieczność bytowa. W Radżasthanie przybrała formę – coś pomiędzy pałacem, willą, kamienicą a haremem, świątynią, galerią sztuki… trudno wyczuć ale zachwycić się można niezależnie z czym się skojarzy! To jeden z typów, w których spokojnie mogłabym zamieszkać. 🙂 Romantycznie tu, orientalnie i niesamowicie zarazem. Taki dreszczyk emocji i podniecenia nieznanym a długo oczekiwanym, gdy błądzi się po zaułkach i korytarzach. Pełno tu miejsc na rytuały i ceremonie wszelakiej proweniencji. Zwykle mniejszy lub większy dziedziniec, czasem fontanna szemrze, dużo zieleni. I wszędzie malowidła. To Wisznu lub Sziwa spogląda ze ściany, to jakieś zwierzęta pomiędzy gąszczem roślin, to sceny z czasów minionych lub z życia codziennego, a tam znowu wszystko ocieka erotyką i seksem…

Sama nazwa wywodzi się z języka perskiego i znaczy tyle co „zamknięte miejsce”. Wyizolowanie się od zewnętrznego zgiełku w zaciszu tak urokliwym… Zamknięcie się na chwilę przed gwarnym światem… Fantastyczne! Byleby, w tym… „właściwym” towarzystwie…

Indie – Mandore

Ogrody Mandore to historyczne miasto obecnie należące administracyjnie do Jodhpur. Kiedyś było stolicą królów Mandaru. W XV wieku opustoszało, na rzecz Jodhpuru. Chciałam zacząć od tego, że jak to w ogrodach bywa – cisza i spokój i kontemplacja natury. Może i tak, ale w tym wypadku uwagę należy skupić na małych złodziejaszkach. Co się błyszczy, wisi luzem lub nie daj Boże nadaje się do zjedzenia – jest obiektem pożądania, i dość szybko staje się łupem hulmanów. To już nie są „małpie figle” to zorganizowane gangi! Małp i krów tu mrowie. Łażą luzem, czasem przyjaźnie witając gości, czasem złoszcząc się na uciążliwych turystów. Same ogrody rozciągają się u stóp ruin fortecy Mandore. Ukwiecone…! Kolorowe…! Nie tylko od wielobarwnie ubranych zwiedzających, i kolorowych płaskorzeźb w holu bohaterów! A ile tu zakamarków, świątyń (np. świątynia 33 bogów), cenotafów… Te ostatnie to oczywiście rodzaje pomników. Wiele z nich upamiętnia samych Radżów lub ich żony, które zdecydowały się na ceremonię sati. Najbardziej okazały przypomina Chhatri Maharajadhiraj Ajit Singh. Powstał w XVIII wieku a architektonicznie łączy w sobie wpływy hinduizmu i dżinizmu. Sporo tu dekoracyjnych motywów zoomorficznych. Głównie… małp! W innym miejscu upamiętnionych zostało sześćdziesiąt cztery maharinie i konkubiny, które w 1724 roku, po śmierci władcy popełniły sati (rytualne samobójstwo). Swoiste to pomniki przeszłości. Wyniosłe, ozdobne, kapiące przepychem… i tylko czasem jakiś hulman zamyśli się i zapatrzy, może rozmyślając nad ich sensem…

Indie – Mehrangarh

Twierdza Mehrangarh z widokiem na Jodphur – błękitne miasto. Ech… generalnie te pałace / twierdze w Radżastanie wymiatają… Ta jest jedną z największych. Fakt – robi wrażeni moooooonumentalne! Sam widok murów obronnych zniechęcał myślę do walki… (choć tak naprawdę atakowany był wielokrotnie – ślady kul do dziś widać). Skała przechodzi w mur gruby na ponad 20 metrów a wysoki do 40! Jest wrażenie – jest moc… Metryczka twierdzy – połowa XV wieku. Potem w XVII/XVIII – kolejny radża dobudował Fateh Mahal (pałac zwycięstwa). Obecnie – to muzeum. Po zachłyśnięciu się i lekkim wręcz przytłoczeniu ogromem sterczących w niebo murów, zaczyna się wsiąkać w błyszczące i skrzące się zakamarki i korytarze, sale, pokoje… A pomiędzy nimi dziedzińce z fasadami udekorowanymi ażurowymi koronkowymi. Jedna z sali ma ściany wyłożone zbitymi w proch muszlami i odbijającymi wpadające światło niewielkimi lusterkami (setki ich…). W kolejnych pomieszczeniach – kolekcja broni i zbroi, potem lektyki w kilku wersjach (taki garaż z wypasionymi brykami… 😉)

Wszystko cudne… Ale widok…. U stóp – błękitne miasto, nad głową błękit nieba… Mmmm…. I jak tu na jakiejś puchatej chmurce bajecznie nie przycupnąć w rozmarzeniu…

Indie – Nowe Delhi

No jak na Śląsku! Człowiek z miasta do miasta przejdzie nawet nie zauważy… Nowe Delhi to osobne miasto, ale konia z rzędem temu kto zauważy, że właśnie przeszedł z Delhi do Nowego Delhi. 😉 Jednym z częściej odwiedzanych, a i atrakcyjnych turystycznie, miejsc w mieście jest kompleks grobowy Humajuna, tego z dynastii Wielkich Mogołów. Grobowiec zaczęto wznosić w połowie XVI wieku, niebawem po śmierci władcy. I w sumie dość szybko się z tematem uporano bo w jakieś kilkanaście lat (przy czym główny grobowiec był gotowy po ośmiu latach)! Prawdopodobnie Humajun, nie dowierzając pewnie zbytnio krewnym i powinowatym, sam sobie grobowiec zaprojektował. Ale wdowie, tzn. pierwszej żonie Haji Begum (według innej wersji to ona była główną inicjatorką wzniesienia grobowca) trzeba oddać, że budowy dopilnowała należycie! Bryła mauzoleum głównie z czerwonego piaskowca (pierwszy raz na taka skalę wykorzystano ten budulec w mauzoleum) ze zdobieniami z białego marmuru. Cudnie wygląda i monumentalnie. I jak to zwykle teraz w takich przypadkach zdecydowanie piękniejsza na zewnątrz niż w środku. Wewnątrz – ascetycznie… Pewnie po to by nadmiar zdobień, chaosu jakiegoś i zgiełku nie wprowadził i nie zakłócał odpoczynku… To znaczy… Teraz tak jest. W zapiskach XVII wiecznych podróżników i kupców, wnętrze opisywane było jako kapiące przepychem. Takie koleje losu…

Dookoła perskie ogrody. Kiedyś był to kompleks czterech ogrodowych kwadratów. Całość z szumiącymi czterema wodnymi kanałami miała sugerować Rajski Ogród i płynące w nim cztery rzeki. Mocno zniszczone przez koleje losu, przywrócono do dawnego zamysłu na początku XX wieku, ale chyba trochę według własnego widzi mi się. W całym kompleksie oprócz rzeczonego no i najważniejszego mauzoleum, jest kilka innych budowli. I zaznaczam – równie urokliwych. Na przykład grobowiec i meczet Isa Chana. Trochę jakby z boku za bramą (by ją przejść trzeba się wspiąć po kilku stromych i lekko rozwalonych schodach). W sumie to budowla ciut starsza od głównego mauzoleum. I chyba niektóre zdobienia architektoniczne z tego grobowca skopiowano w tym Humajuna. Albo Nila Gumbad o niebieskiej kopule, lub czerwony grobowiec Afsarwala. Generalnie ładne miejsce. Przez gwar może nie nastraja jakoś mocno w zadumę, do której w Europie jesteśmy przyzwyczajeni w miejscach sepulkralnych… ale kto w sumie powiedział, że nostalgia jest najlepszym z nastrojów przy odwiedzinach na granicy światów…

Indie – Pokaran Fort

W Radżasthanie wiele historycznych fortów… I w wielu z nich obecnie działają nie najgorsze hotele! Pokaran Fort jest jednym z takich miejsc. Pokaran znaczy tyle co „miasto pięciu miraży”, może dlatego że dokoła otacza go pustynia Thar. Nie ma najlepszej sławy. To miejsce gdzie odbywały się pierwsze podziemne próby jądrowe w Indiach… Być może dlatego na forach pojawiają się przestrogi by… raczej tam nie nocować a i przebywać możliwie krótko. Sam Fort powstał w XIV wieku jako główna siedziba klanu Rathores. Pierwotnie nazywano go Balagarh. Odbywały się tutaj znane targi bydła i wielbłądów. Fort słynął też od zawsze z gościnności. Podobno zatrzymywali się w nim nawet sami chanowie Mogołów. Obecnie Fort jest otwarty dla zwiedzających a działający w nim hotel prowadzi jedna z rodzin radżów. Dobrze (nie tylko dla turystów), bo Fort leży nieopodal dwu miejsc pielgrzymkowych – świątyni Jain (Dżinizm) oraz Ramdeoji (Hinduizm). W Pokaran zatrzymują się nie tylko ludzie. Upodobały sobie to miejsce setki żurawi, cietrzewi i reszty ptactwa wędrującego. A! i co ważne! W forcie jest BIBLIOTEKA!!!! 😁

Indie – Pushkar

Pushkar – to tam czci się boga Brahme. Jedyna chyba w Indiach i jedna z bardzo niewielu na świecie świątyń dedykowanych temu bogu. Podobno Brahma upuścił w tym miejscu płatki lotosu (puszpa). Trzy jeziora powstały w miejscach gdzie płatki dotknęły ziemi. Według innego podania Brahma nad tutejszym jeziorem planował dokonać obrzędu samounicestwienia. Jednak jego żona Saraswati spóźniała się. Zniecierpliwiony Brahma poślubił inną kobietę. Saraswati, mimo że bogini przebaczenia i mądrości – w ramach zemsty rzuciła urok. Brahma odtąd czczony miał być tylko tutaj – w Pushkar. Hmmm…. choć zamieszanie spóźnieniem wywołała, w klątwach widać zasadniczo (choć nie do końca 😉 ) była skuteczna… Samo jezioro uważane jest za święte i mające moc uzdrowień. Urokliwie otaczają go wokół ghaty. Pielgrzymują tu nie tylko hinduiści ale i wyznawcy dżinizmu i sikhowie. Ośrodków kultu było tu sporo ale do XVII wieku – gdy muzułmanie pozwolili sobie zrównać z ziemią większość z nich. W XX wieku odbudowane ale… Wspomniana świątynia Brahmy pochodzi z XIV wieku choć początki jej sięgają znaaaaacznie wcześniejszych wieków daleko przed naszą erę. W środku posąg Brahmy i jego drugiej żony. Cała świątynia – z marmuru. Byłam w tej świątyni na jednym z obrzędów, w środku nocy. Przycupnęłam gdzieś z boku by nie przeszkadzać modlącym się ludziom… Hmmm…. wielobarwny tłum przetaczał się przez niewielki dziedziniec, jakieś gongi, śpiewy, melorecytacje, ostry mocny korzenny zapach jakich kadzideł… Indie często wirują we wspomnieniach dziwnym „miksem” kolorów, zapachów i dźwięków…

Indie – Radżastan

Indie to kraj skrajności. Nie inaczej jest w Radżastanie. Pustynia i półpustynia i pustynia i półpustynia itd. itd., i pośród tej pustyni forty – pałace panujących tu Radżów. Mimo pustynnego (czytaj buro beżowego) pejzażu jest to chyba najbardziej kolorowy rejon Indii. Całe miasta mają swoje kolory: Dżodpur jest cały różowy, Udajpur – błękitny, a Dżajsalmer kapie złotem. Kobiety, nawet wykonując codzienne fizyczne prace domowe ubrane są w nieziemsko kolorowe sari i obwieszone biżuterią. O książętach, radżach i mahariniach innym razem. Tutaj wspomnienie ulic i bezdroży. Jak na Indie – to właściwie czystych. Wiem oko Europejczyka gdy zerknie na zdjęcia – nie uwierzy ale jak na standardy Indii – czysto tu. I wcale nie myślę o wciąż myjących się Indusach – tutaj po prostu w sumie jest schludnie. Nawet placki krowie przygotowane na opał są poukładane w ażurowe sterty. Na ulicach pełno (co oczywiste) krów. Myli się jednak ten kto myśli, że są bezdomne. Ani one bezdomne ani święte. Każda z nich ma właściciela ale puszczone są luzem, bo po co zwierzę stresować. Niech łazi gdzie mu dobrze! Często łazi pomiędzy autami bo spaliny skutecznie odstraszają kąsające muchy. Przy drogach kwitnie handel, drobny przemysł, zawody które dla Europejczyka wyglądają niczym wyciągnięte ze skansenu – na przykład napędzany siłą krowich mięśni wodne młyny lub studnie. Tu czynności te nie są wykonywane dla uciechy turystów (choć zawsze można się załapać na pomocnika. W swoim nie profesjonalizmie usiadłam na zydelku tyłem do przodu. Mała dziewczynka serdecznym śmiechem i kategorycznym gestem podpowiedziała mi na szczęście jak należy się zachować!). Pracuje się bo jest potrzeba. Niezależnie od tego czy to miasto, wieś, bezdroża czy inny twór – reklam tu gigaaaantycznie dużo. W wielu przypadkach konstrukcja domu się na nich trzyma. Przy drodze zawsze można coś zjeść, pogadać, wymienić życzliwy uśmiech szczęśliwych ludzi…

I jeszcze jedno. Myślę sobie, że w Indiach, dla osób zmotoryzowanych, najważniejszym elementem pojazdu jest KLAKSON. Takie drobiazgi jak koła, kierownica itp. są zasadniczo drugorzędne. Podejrzewam nieśmiało, że nawet krowa zaprzężona do wozu też ma gdzieś wmontowany klakson. Przy czym szczegółów tej konstrukcji wolę nie znać! 🙂

Indie – Ranakpur

Na zboczach gór Arawalli kusi swoim pięknem największy kompleks świątynny dżinizmu – Ranakpur. To zespół położonych blisko siebie kilku świątyń. Największa z nich Chaumukha Mandir (świątynia czterech twarzy) wzniesiona została z białego marmuru. To labirynt blisko 30 sali, 80 kopuł nakrywa świątynię a całość podtrzymuje 1444 filary – i każdy inaczej zdobiony! Wewnątrz cztery posągi patrzą szeroko otwartymi oczyma na wiernych i zwiedzających. Ale nie wolno im spoglądać prosto w oczy! To nazbyt zuchwałe. Służba świątynna dyskretnie zwraca uwagę zbyt nachalnym turystom chcącym błyskać fleszem prosto w twarz boga. Nie zadawać cierpienia żywym istotom – to jedna z zasad dżinizmu, dlatego przed wejściem do świątyni należy zostawić nie tylko buty (co oczywiste) ale też wszystko co wykonane jest ze skóry zwierząt – paski do zegarka, portfele itp. Ta zasada na tyle restrykcyjnie jest przestrzegana, że mniszki noszą na twarzy maseczki (podobne do chirurgicznych) by przypadkiem nie połknąć jakiegoś np. komara, a miotełką zamiatają przed sobą drogę by nie nadepnąć na jakąś mrówkę. Czasem można spotkać tu owe mniszki ubrane całkowicie na biało lub mnichów ubranych – jedynie w modlitwę… Zawsze liczyć natomiast można na wszechobecne małpy – czasem fakirki. 😉 Jak na Indie bardzo tu cicho i w sumie pustawo. Można spokojnie zanurzyć się we własnych myślach… A anturaż temu służy…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑