Miesiąc: wrzesień 2024 (Page 11 of 16)

Gruzja – Tibilisi

Zawsze najtrudniej opowiedzieć o stolicy. Bo są duże, bo wiele w nich odsłon oraz wiele możliwości poznania. Bo zwykle mocno turystyczne i historyczne i rozrywkowe i naukowe i kulturowe itd. itp. itd. No i Tibilisi (თბილისი) nie odbiega od tego rysu. Podobno miasto założył król Wachtang Gorgasali, oczarowany pięknem okolicy i bijącymi tu gorącymi źródłami (stąd nazwa). W rzeczywistości pierwsze osiedliska w tym miejscu można datować na epokę brązu. Wspomniany król miał tu natomiast pałac i doceniał znaczenie miasta jako ośrodka handlowego, gospodarczego i politycznego. Stolicę przeniósł tutaj jego syn Daczi I. Miasto przechodziło liczne najazdy i okupacje – między innymi Arabską, Perską, Tatarskie, Rosyjską… I każda z nich odcisnęła się na wyglądzie miasta, z każdego z tych okresów widać mniej lub bardziej wyraźne ślady. I jeszcze współczesne pomysły modern… Gdybym chciała jednym słowem oddać istotę Tibilisi to chyba właściwym byłoby – mozaika. Bo te wszystkie fragmenty historycznej układanki tworzą swoisty klimat miasta. I wcale nie rywalizują! Wręcz przeciwnie pozwalają błądzącym po uliczkach miasta przenosić się mentalnie poprzez wieki, kultury… A wszystko przytulne i takie… po prostu ładne. Ja wiem, że sporo tu rzeczy od wieków „nie chcianych”, wiem że są też wykpione jak most „podpaska”. W sumie jak wszędzie – mieszkańcy mają swój gust i koncepcję własnego miasta.

Co zobaczyć w Tibilisi? No najlepiej wszystko. Oczywiście wymieniać należy twierdzę Narikala i cerkiew Metekhi i Anchiskhati z ikoną która sama się namalowała i Łaźnią Orbeliani i karawanseraj i setki rzeźb oraz pomników i kawiarenki i kamieniczki wiszące nad urwistymi brzegami wąwozów. Ale najlepiej powłóczyć się po Tibilisi. Naprawdę tu ładnie – zarówno w nocy jak i w dzień (ze wskazaniem na to pierwsze 😉 ).

Gruzja – Uplisciche

Jedno z najstarszych miast w Gruzji to Uplisciche. I jeśli ktoś wizualizuje sobie miasto we współczesnym tego słowa znaczeniu – jest w błędzie! To – było warownią na szczycie wzgórza. Trudno dostępne, wyniosłe, i wyglądało trochę… jak kopiec termitów. Całość, datowanego na ok V w. pne (oczywiście początki i pierwsze budowle, bo kompleks uzupełniany kolejnymi, był do wieków średnich), podzielona jest na trzy połączone ze sobą przestrzenie. To niezwykły mix elementów pogańskich i chrześcijańskich; w miejscu składania pogańskich ofiar z ludzi i zwierząt z czasem wzniesiono chrześcijańskie świątynie. Sacrum i profanum; tu teatr rodem z antyku, a obok sala tronowa podobno królowej Tamar, a zaraz wyżej kościół książąt. Trochę jak w życiu… kalejdoskop. Całość rozciąga się na ok 8 hektarach, mieszkało tu ponad 20 tys. osób, miasto posiadało swój system wodociągów dostarczających wodę (oprócz tego zbierano także wodę deszczową), tunele ewakuacyjne itd. itd.

Obecnie natura zaczęła już swoje „prace architektoniczne”. Rośliny wdzierają się w resztki ruin, to co wzniesione ręką człowieka powoli rozpada się ukazując czystą naturę skał… I tylko wiatr hula…

Gruzja – Wardzia

Żyć jak kret. Ani w przenośni, ani tym bardziej dosłownie – nie wyobrażam sobie. Najwyraźniej, nie mam aż tak wielkiej wyobraźni jak sądziłam… Istniało bowiem niegdyś podziemne miasto. To znaczy nie do końca podziemne… raczej wykute w skale… albo jeszcze lepiej – we wnętrzu góry. Tak, to ostatnie określenie najlepiej oddaje istotę gruzińskiej twierdzy Wardzia (ვარძია). Wzniesiona (lepiej chyba rzec – wykuta) została na przełomie XII i XIII wieku. Większość prac wykonano z inicjatywy królowej Tamar z rodu Bagratydów – jednej z najwybitniejszych władców Gruzji (na ścianie cerkwi do dziś zachował się portret królowej. Zważywszy na czas powstania – raczej wiernie ukazujący jej urodę). Gigantycznych rozmiarów twierdza, z pełną infrastrukturą, rozmieszczona na trzynastu kondygnacjach, mogła pomieścić do 60 tys. ludzi! I całe to gigantyczne „mrowisko” ukryte było całkowicie przed wzrokiem ludzkim. Dosłownie schowane we wnętrzu góry. Można było przejechać tuż obok, nie mając świadomości, że „pod ziemią” tętni życie. Cudowną koncepcję schronienia unicestwiło trzęsienie ziemi. Pod koniec XIII wieku część góry osunęła się, odkrywając misterne korytarze, sale, cerkwie, itd. Mimo tego uszczerbku w kamuflażu, miasto nadal żyło. Kres nadszedł dopiero w połowie XVI wieku w czasie najazdu Persów.

Dzisiaj – fort budzi zachwyt, zdumienie – generalnie jest efekt WOW. Do pewnego poziomu można podjechać busem, a potem już tylko „z buta”. Tarasy widokowe, mniej lub bardziej strome podejścia, pięknie dekorowana freskami cerkiew – widok cudowny. Ale najbardziej ekscytujące jest przejście zachowanymi w pełni ukrytymi korytarzami. Hmm… no ładnie, ale już wiem co czuje kret… I schody. Wszędzie setki schodów. Nierównej wysokości, szerokości, nachylenia… Spacer po tym mieście wymaga sprawności (nie powiem, że wyczynowej – ale blisko 🙂 )! Po kilkugodzinnym zwiedzaniu – bolały mnie nawet te mięśnie, o których istnieniu wie miałam pojęcia! Tak sobie, teraz myślę – ci Gruzini mieli wyjątkową kondycję!!!

Hiszpania – As Catedrais

Sacrum natury. W hiszpańskiej Galicji odwiedzić można Plażę Katedr (As Catedrais). Te twory żywcem przypominające ruiny gotyckich kater, stworzyło dwu architektów: atlantycki wiatr i żywioł fal. W chwili odpływu można przechadzać pod obnażonymi łukami sklepień. I jak w „prawdziwych” katedrach delektować się cudowną akustyką. Słychać nawet szept, pomimo orkiestry fal morskich. A czasem gdy wiatr dobrze powieje to „organy” słuchać! A komu błąkanie się pomiędzy sterczącymi łukowato skałami się znudziło, może pozaglądać do jaskiń i grot, których tu pełno. Drobny szkopuł tylko w tym, że potrzebny nam jest odpływ… Inaczej cała plaża równo zalana wodą morską i możemy zaordynować sobie (w oczekiwaniu na odpływ) urokliwy spacer po zielonych i ukwieconych klifach… Pięknie, trochę zimno. A, i jakie cudowne powiewy od morza!!

Hiszpania – Barcelona

To, że Barcelona jest Gaudiego – mamy ustalone. 😎 No ale przecież to cudowne miasto nie wyskoczyło spod ziemi za czasów mistrza Antonio. Stolica Katalonii metryczkę ma sięgającą Fenicjan. Przez blisko 100 lat była pod panowaniem Maurów. W wiekach średnich stała się stolicą hrabstwa. Tu była siedziba kancelarii Królestwa Aragonii. A jeszcze potem dotknęła miasto i wojna o sukcesję hiszpańską i wojny napoleońskie…

Barcelona to miasto mocno turystyczne. I dziwić się nie należy. CUDOWANA jest!!! A i zabytków z listy UNESCO sporo (głównie związanych z Gaudim) Ale i inne atrakcje nie wolno po macoszemu traktować. 😉 Kilka pięknych średniowiecznych kościołów. Między innymi katedra lub kościół Santa Maria del Mar. Mnie powaliły fasady. A precyzyjniej – żygacze. To istna bajka! Ależ poczucie humoru rzemieślnicy mieli… No no… 😆😆 Niektóre naprawdę wymiatają! Średniowieczny jest też kompleks pałacowy – Palau Reial Major. Zresztą cała średniowieczna dzielnica fantastycznie wciąga w klimat. Śladów późniejszych epok też sporo – np. XVII wieczny zamek Montjuic. No i słynny Plaça d’Espanya, powstały w XVIII wieku główny plac Barcelony. A nieopodal Font màgica – fontanna, która wieczorową porą wyrzuca w górę hektolitry podświetlanej wielobarwnie wody. I wszystko to w rytm brzmiącej (chyba na żywo, choć pewna nie jestem) muzyki. Magiczny koncert… A skoro o wodzie mowa. Warto w Barcelonie odwiedzić też oceanarium, w którym zaprzyjaźnić można się z rekinem, płaszczką lub innym konikiem wodnym 😉 Ech… W Hiszpanii nie ma brzydkich miejsc – to wiadomo! Ale Barcelona jest jednym z takich, do których mogę wracać raz po raz… I jakoś… nigdy się nie nudzi…

Hiszpania – Barcelona, Antonio Gaudi

Barcelona Gaudim stoi!! To znaczy jest tam mnóstwo cudownym miejsc ale – Gaudim stoi! A że – Antonio jest jednym z moich ukochanych twórców – nie myślę się kłócić, z tą dość oczywistą prawdą. Facet zakręcony był jak słoik. Musiał być! No inaczej, takich cudów architektonicznych nie da się wymyślić… Jak domki z piernika, lukrowane czasem, a czasem z marcepanem i bakaliami. A innym razem jakby to termity zrobiły a nie człowiek wykombinował. Albo fale morskie na tyle długo brzeg okładały z impetem, że wreszcie uległ, pękł, odsunął się nieco by opływowym kształtem nie stawiać falom oporu – tak zdrowiej…

W Barcelonie kilka miejsc obowiązkowych dla fanów Gaudiego. No oczywiście La Sagrada Familia. Kościół budowany dłuuuuugo. I zanim go dokończyli – to już na listę UNESO wskoczył. Gaudi w sumie przejął budowę, ale po swojemu ją przerobił. To jest lustro, w którym natura się odbija. Tam nie ma dwu jednakowych detali – i każdy wykonany ręcznie. W środku, zamiast kolumn – rosną kamienne drzewa z koronami w miejsce kapiteli. Kościół ma 18 wież – to dwunastu apostołów, czterech ewangelistów, Maryja i Chrystus. Konsekrowano świątynię w 2010 roku (jeszcze do końca nie skończoną – plan na zakończenie to 2026 rok) a osiem lat później – poinformowano, iż świątynia od 136 lat budowana jest bez pozwolenia. Na szczęście do konsensu doszli… 😉

Park Güell – park a w nim wtopiona architektura. Założenie było takie, że bogaci będą sobie pozwalać tu pomieszkiwać. Miało być ok. 60 takich mieszkanek, skończyło się na kilku. Ale fantastycznych 🙂 Schody pełne symboli prowadzą do pawilonu głównego, który zwieńczony jest słynną ławką – gzymsem. Podobno uformowana jest tak, żeby „tyłek” się mógł wkomponować i bezboleśnie można było na kamiennej jednak przecież ławce siedzieć sobie i godzinami jeśli wola.

Casa Mila, Casa Calvet, Casa Batlló i Casa Vicens. No jest kilka tych Casa w Barcelonie. Ta pierwsza – chyba najbardziej znana. Tam kawałka prostej ściany nie ma! Mozaiki, witraże, jakieś „stalaktyty”, uskoki… Cudo! To chyba jedno z tych miejsc gdzie ewentualnie, mogłabym pomieszkać, gdybym Krakowa tak bardzo nie lubiła…. 🙂

Hiszpania – Bilbao

Czasem się człowiek zamyśli i tak idzie i idzie brzegiem rzeki… i nie zauważy nawet gdy jest już w innym mieście a potem zatoka oceanu atlantyckiego i już nie ma gdzie dalej iść… Albo trzeba wracać albo popływać. Tyle, że ja pływać nie umiem… Rio Nervión albo jak kto woli Ría de Bilbao bo przez Bilbao centralnie przepływa. To taka arteria miasta. Chociaż właściwie to bardziej chyba jakaś pępowina jest a nie arteria bo łączy z Bilbao kilka innych miast i płynie sobie aż do oceanu. Skąd nazwa rzeki? Jedni ją wywodzą od Peña Nervin a inni od cesarza rzymskiego Nerwy. Może faktycznie lepiej nazywać ją rzeką Bilbao i po problemie. 😊 Od zawsze była ważnym i strategicznym elementem pejzażu. Bo granica pomiędzy Baskami i Kastylią, bo trakt komunikacyjny, bo kolej wzdłuż koryta rzeki, bo rzeka też dla rozwoju handlu i przemysłu ważna, bo porty rzeczne, bo do morza Kantabryjskiego dopływa… Teraz jest w Bilbao fajnym traktem spacerowym. Idąc wzdłuż rzeki można sporo atrakcyjnych miejsc odwiedzić. A i wycieczkę turystycznym stateczkiem można sobie zaordynować i w ten sposób leniwy podziwiać zabudowę brzegów. A gdy człowiek się na dobre zatopi we własnych myślach, jak wspomniałam, i tak idzie i idzie bo go jakaś upatrzona fala prowadzi – to i do kolejnego miasta można dojść… A po drodze w sumie cicho gdy się już poza Bilbao wyjdzie. To jakaś kaczka dziób rozedrze bez sensu, to jakiś kot przejdzie połasi się i ucieknie, to jakieś ciut zardzewiałe maszyny ze starych przystani poskrzypią, to nowoczesne machiny zaświszczą pracując, to woda zaiskrzy w mocnym słońcu… Ot takie Hiszpańskie klimaty…

Hiszpania – Burgos

Ojej…. Ale tu ładnie… W sumie nie dziwi, że od miliona lat na terenie Burgos życie się działo… Byli tu Celtyberowie, Rzymianie, Arabowie, plemiona Germańskie i Wizygockie… W dzisiejszym Burgos najwięcej śladów pozostawił XV i XVI wiek. Na przykład oooolbrzymia katedra Marii Panny. Budowana znaaaacznie wcześniej ale najwięcej właśnie w XV wieku wykonano. To jedyny obiekt w Hiszpanii wpisany na listę UNESCO jako obiekt a nie zespół architektoniczny. To tutaj właśnie w trakcie modlitwy zamordowany został w 1869 roku gubernator Isidoro Gutiérrez de Castro y Cossio. Ach! W katedrze też pochowany jest, pochodzący z Burgos słynny Cyd Waleczny – kastylijski rycerz, którego czyny opiewano w pieśniach.

Jest też opactwo cysterek założony pod koniec XII wieku z najstarszym chyba w Hiszpanii witrażem. I są też kartuzi – dla odmiany w XV wieku sprowadzeni do miasta i kilka innych kościołów. A każdy koronkowej roboty! Ażurowe dekoracje… Sama nie wiem – piękniejsze są ich wewnątrz czy fasady… A jak sacrum już pozwiedzane to można połazić po górującym nad miastem zamku wzniesionym w czasie rekonkwisty. Jest też słynny pałac Casa del Cordón. Któż tu nie bywał… Obecnie gościnne mury pałacu otwierają swoje podwoje dla wystaw np. Picassa, Miró lub Dali.

Niesamowite miasto… A gdy kamienne koronki otulają o złotej godzinie promienie słońca… Hmmm… Klejnot – nie miasto…

Hiszpania – Cáceres

Pamiętam że dotarłam do Cáceres jakimś późnym popołudniem. Słońce delikatnie otulały promieniami rozgrzane upałem dnia mury miasta. Jeden z kościołów jest na wzniesieniu. Nie pamiętam który. Podeszłam do okalającego go murowanego ogrodzenia. Widok na miasto był cudowny. To jeszcze nie zachodzące słońce. To nawet nie była jeszcze złota godzina. W kolorach miasta czuć było nadchodzący przyjemnie chłodny wieczór.

Jak w wielu miejscach w tym rejonie – metryczkę wyprowadzić można od prehistorii. Potem ślady rzymskie. W wiekach średnich raz muzułmanie a raz chrześcijanie miasto zajmowali. Ot, dzieje…

Pałace, fortyfikacje, muzea – to jasne. Sporo ich w mieście. Ale dla mnie Cáceres architektura sakralną stoi. Może przez ten widok brunatno brązowej panoramy miasta najeżonej wieżyczkami kościołów, który mam przed oczyma… Najważniejszy – to chyba XV- wieczna katedra NMP. Ale gotycki jest też kościół Jana i ten Mateusza i nieopodal Jakuba. Trochę późniejszych świątyń też jest. Na przykład barokowe sanktuarium Matki Bożej Górskiej. To chyba stojąc obok tego kościoła oglądałam panoramę miasta… Trudno się dziwić w sumie że w tak naszpikowanym kościołami mieście (wcale nie aż tak dużym) spektakularnie obchodzone są święta religijne. Zwłaszcza procesje w Wielkim Tygodniu które ulicami miasta idą – w zupełnej ciszy… A za dwa dni (23 kwietnia) będą obchody św. Jerzego. Wtedy organizowany jest uliczny spektakl w trakcie którego rycerz zabija wielkiego smoka. Biedny gad… 😉

Hiszpania – Cullera

Myślenie o przeszłości to kotwica, która nie pozwala tej przeszłości odpłynąć, a nas blokuje przed tym by wypłynąć na szerokie wody i być otwartym na nowe cudowne podróże. Taki tekst gdzieś ostatnio przeczytałam. To prawda! Ale przekorna myśl pognała mi na plażę po której cudownie się spaceruje i miło się wspomina… Cullera – takie Hiszpańskie Hollywood. 😉 A właściwie odwrotnie bo napis na zboczu góry w Hiszpanii był chyba wcześniej! Nad miastem góruje zamek. Teoretycznie jest XIII wieczny, i wzniesiony na starsze arabskiej fortecy. W praktyce to bardziej rekonstrukcja, ale zachowane fragmenty historii – są. Nieopodal – Torre de la Reina Mora (zabytkowych ale późniejszych wież jest zresztą w mieście więcej). Niby stoi osobno ale jest to element dawnych fortyfikacji zamku. Po drodze na zamek przechodzi się przez dzielnicę żydowska jednak klimatu swojego nie zachowała do dzisiaj. Jak na miasto portowe przystało jest też mroczna legenda o Dragucie – słynnym korsarzu, który tutaj ukrył swoje skarby złupione z napadanych przezeń okrętów… Jaskinia pirata jest zlokalizowana – skarby nie. 😉 A skoro o jaskiniach mowa – jest też Abrigo Lambert ze śladami malowideł neolitycznych. Odkryta zupełnie niedawno bo 1995 roku i jak to często bywa – przypadkiem. Jak się komuś zwiedzanie znudzi – plażing. 😊 A plaże tu prima sort! I nie wiadomo co bardziej relaksuje – szum morza czy szum palm…

Pięknie tam i cieplutko… Hmmm… I bądź tu człowieku mądry. 😊 Jakie kadry pamięci są niepotrzebnym balastem, który trzeba wyrzucić by popłynąć, a które są cennym ładunkiem które pozwolą dopłynąć do zupełnie fajnego portu. 😊

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑