Miesiąc: sierpień 2024 (Page 3 of 58)

Izrael – Jerozolima

Lubię gwar miasta. Niektórych miast – nawet bardzo! W ścisłej czołówce mojego prywatnego rankingu jest Jerozolima. Dziwne to miasto… To, że naznaczone trudną historią – tak. To, że miejscem najważniejszym dla kilku religii – tak. To, że jest gigantycznym tyglem kulturowym – tak…. To, że jest najpiękniejszym miejscem by połazić, powłóczyć się i zagubić w niezliczonych zakamarkach, zaułkach i labiryntach uliczek – też tak!

Co jest cudowne? W Jerozolimie nic nikogo nie dziwi. To piękne! Idzie się ulicą gdzie słychać wielojęzyczny gwar. Tu ktoś wykrzykuje radośnie Mazzal tow – bo akurat jakaś miła okazja rodzinna, tam biegną mnisi prawosławni mijając również biegnące dziewczęta w mundurkach szkolnych, tu idą klasycznie przyodziani w chałaty i sztrajmł chasydzi a obok mężczyzna z niewielką jedynie kipą na głowie dopasowaną kolorem do jeansów i koszulki polo, kupcy różnych proweniencji religijno-etnicznych grają w coś tam na rozkładanym stoliku (bacznie jednak obserwując zbliżających się potencjalnych klientów!). Skręca się i za rogiem z gwarnego pełnego straganów targu wchodzi się w enklawę ciszy. I nagle człowiek się orientuje, że ślizga się po wyszlifowanych czasem kamieniach bruku, które przetrwały tu dobrych kilka tysięcy lat… Ta stara Jerozolima podzielona jest na cztery dzielnice plus wzgórze świątynne. I znowu idzie się i jak w matrixie raz dzielnica żydowska, potem w chrześcijańskiej, z niej do muzułmańskiej a po drodze ormiańska… I naprawdę widać różnice pomiędzy tymi dzielnicami…

Na każdym kroku jakieś ślady historii mniej lub bardziej odległej. Ruiny, wykopaliska ale i zabytki w jednym kawałku przetrwałe 🙂 przeplatają się z zupełnie współczesnym steetartem lub art. instalacjami i architekturą współczesnych twórców. Synagogi i mykwy – chyba dla wszystkich możliwych nurtów i odłamów judaizmu dedykowane. I widok suki albo świecącej się chanukij nie budzi żadnej sensacji. To normalne przecież… Ale też sporo kościołów. I też dedykowanych dla wszelkich możliwych wersji chrześcijaństwa. I idąca gwarnymi ulicami, gdzie zwyczajnie dzieje się życie, procesja – nikogo też nie dziwi. A i meczetów trochę też jest. Swoją drogą wydarzeń w Jerozolimie sporo i to niekoniecznie tych religijnych. Jest organizowany Festiwal Poezji, Festiwal Muzyki Dawnej, trzydniowy Dzień Jerozolimy 🙂, Festiwal Izraelski. Itd. Dla każdego coś dobrego! Są też świetne Uniwersytety i nietuzinkowe muzea. Warto też posłuchać koncertu Jerozolimskiej Orkiestry Symfonicznej. Ojojoj jak oni grają! No cymes jak nic! To nie jedyna orkiestra symfoniczna w Jerozolimie i nie jedyne miejsce gdzie klasyki w dobrym wykonaniu posłuchać można.

To takie miasto, które chyba faktycznie jest „centrum świata” jak chciały średniowieczne mapy. Miasto na styku historii i współczesności, na styku Zachodu i Wschodu, na styku religii i kultur. Choć dla mnie – to po prostu miejsce, gdzie można pobłądzić w labiryncie sklepików, poczuć zapach przypraw na straganach, wypić doskonałą kawę i zjeść aromatyczne pyszności, i posłuchać gruchających gołębi, które przysiadły bezczelnie na wiekowych murach…

Hmmm… To cóż… Za rok w Jerozolimie!

Izrael – Jerozolima, Dzielnica Żydowska

Stare Miasto w Jerozolimie składa się z czterech dzielnic. Dzielnica Żydowska myślę, że jest najbardziej zadbaną i najbezpieczniejszą z nich. Niestety w połowie XX wieku Jordańczycy zniszczyli niemal wszystkie zabytki judaizmu w tej dzielnicy. Ale na szczęście coś zostało a dwadzieścia lat po zniszczeniach Państwo Izrael odbudowało i zabezpieczyło ślady archeologiczne i historyczne dzielnicy. Odnaleziono wówczas sporo śladów z czasów Pierwszej i Drugiej Świątyni, na przykład Wieżę Izraelitów, mur obronny lub wyobrażenia menory.

Najważniejsze miejsce to Mur Zachodni Świątyni Jerozolimskiej, popularnie zwany Ścianą Płaczu. To duże przeżycie – tam stanąć… Miejsce jest bardzo dobrze zorganizowane. Część muru jest widoczna i na wolnym powietrzu. Wydzielone niewielkim parawanem są części dedykowane do modlitwy dla mężczyzn i dla kobiet. Mur potem przechodzi w część podziemną – tunel Ściany Płaczu. Jest też Łuk Robinsona (ze słynną inskrypcją „I zobaczą i rozradują serce twoje a kości twoje jak trawa…”) i Łuk Wilsona (obecnie jest tam synagoga). No i duży plac, na którym organizowane są między innymi uroczystości religijne i państwowe. W samym murze, wciśniętych w szczeliny mnóstwo karteczek z modlitwami. Przecież kto modli się w świątyni to tak jakby się modlił przed Tronem Ha.szem. Nawet jeśli z tej świątyni ostała się ściana… Kiedyś podchodzono do Ściany boso. Ale zarzucony został ten zwyczaj. Przecież to nie jest jednak wnętrze świątyni, choć jest miejscem najbliżej najświętszego miejsca dla judaizmu.

W dzielnicy jest też około 12 synagog. W większości zbudowane na przestrzeni XIII – XVIII wieku. Cztery z nich są sefardyjskie (Synagoga Jochanan ben Zakai, Synagoga Stambułska, Synagoga Emtsai oraz Synagoga Tzuf Dwasz). Jest jeszcze piąta ale zbudowana dopiero w XIX wieku. Są też takie, w których pielęgnuje się tradycję aszkenazyjską oraz tradycje Żydów z innych zakątków świata, na przykład karaimska. Największa chyba to synagoga Hurva zbudowana w XVIII wieku z inicjatywy polskiego Rabina Jehudy Chasida. Popadła jednak w ruinę (stąd nazwa) ale odbudowana została w XIX wieku też z inicjatywy Żydów Aszkenazyjskich. Po raz drugi zniszczona przez Jordańczyków, na powrót odbudowana i w 2010 roku została oddana do użytku.

No i Cordo – czyli około 200 metrowy odcinek starożytnej drogi wiodącej przez Jerozolimę. To odkryta i zabezpieczona przez prace archeologiczne ulica z czasów rzymskich. Można ją zobaczyć ale trzeba zejść jakieś sześć metrów poniżej obecnego poziomu miasta. To dość szeroki kamienny trakt, po bokach którego były stragany. Trochę tak jak teraz 😊 ale teraz to sklepiki z pamiątkami, galerie sztuki i kawiarenki. Jest też złota menora. Może tak będzie wyglądała menora świątynna Trzeciej Świątyni?

Izrael – Jerozolima, Dzielnica Ormiańska

Stare Miasto Jerozolimy, to cztery dzielnice. O Dzielnicy Żydowskiej było ostatnio – teraz o Dzielnicy Ormiańskiej. Wchodzi się do niej prze Bramę Syjonu lub Bramę Jaffy. To najstarsza diaspora ormiańska, bo już w IV wieku przybyli tu mnisi (zaraz po tym jak Armenia przyjęła chrześcijaństwo jako religię państwową). Taka tajemnicza trochę jest to dzielnica. Może dlatego, że pustawo tu w sumie, a może dlatego że sporo jest klasztorów i kościołów, które chronią się przed wzrokiem nieproszonych gości za wysokimi murami. Chyba najważniejszym i najpiękniejszym w Dzielnicy jest kościół św. Jakuba i przylegający do niego klasztor. To patriarchat Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Dość duży, trzynawowy kościół z wieńcem kaplic. W środku i przedsionku zdobiony freskami i biało-błękitnymi kafelkami, drewno tu i tam inkrustowane masą perłową lub złotem… i setki lamp oliwnych i ceramicznych jajek wisi. W jednej z kaplic – cenna dla Ormian relikwia głowy św. Jakuba Większego, a w innej relikwie św. Jakuba Mniejszego. Podobno nawet jest krzesło, na którym siadywał głosząc kazania. Ostatecznie pierwszym biskupem Jerozolimy był więc kazania głosić mu wypadało! W kolejnej kaplicy trzy kamienie: z rzeki Jordan, góry Tabor i góry Synaj… Sam kościół wzniesiony został w XII w. na miejscu klasztoru gruzińskiego z XI wieku. Podobno klasztor i potem kościół postawiony zostały w miejscu ścięcia św. Jakuba – tego Większego. Ot takie mocno Jakubowe miejsce. Mniej więcej z tego samego czasu jest kościół Archaniołów, nieco później wzniesiony był kościół Torosa (przy czym obecna forma to XVIII wiek). Są też w dzielnicy kościoły chrześcijańskie ale nie ormiańskie. Na przykład asyryjski kościół św. Marka lub jedyny w Jerozolimie maronicki kościół św. Marouna. Ale żeby nie było że w dzielnicy tylko kościoły! Są też biblioteki i muzea. W bibliotekach (czasem skarbcach) cenne manuskrypty, rękopisy, starodruki… A muzeum – Helen i Edward Mardigian to setki artefaktów świadczących o kulturze, tradycji, dorobku Ormian.

Hmmm… Taka Armenia w pigułce w tej Jerozolimie. 😊

Izrael – Jerozolima, German Colony, Mishkenot Sha’ananim i Jemin Mosze

Tuż obok siebie trzy chyba dzielnice, tak w orbicie Starego Miasta usadowione. Kiedyś w zupełnie fajnym hotelu tak pomieszkałam przez całe Sukkot. Fajna miejscówka! Do miejsc historycznych rzut beretem. Ale oczywiście poczułam się w obowiązku żeby dzielnice, w której zaokrętowałam też pozwiedzać. I to była słuszna decyzja. 

Dzielnica Jemin Mosze znaczy tyle co pomnik Mojżesza. Dlaczego? Bo Mojżesz Haim Montefiore – bakier, filantrop i generalnie działacz społeczny założył fundusz, który miał na celu wesprzeć sytuację ludzi mieszkających w zatłoczonej Starej Jerozolimie. W siódmą rocznicę jego śmierci – powstałą dzielnica Jemin Mosze. A powstała – pod koniec XIX wieku. Ładna, ukwiecona, przestrzenna, sporo imponująco wyglądających budynków – takich z przełomu XIX i XX ale i zupełnie współczesnych też. Dzielnica słynie z pensjonatów i domów w których chętnie goszczą i tworzą artyści wszelakich profesji.  Wyszłam z hotelu. Na lewo idę. Kilkadziesiąt kroków i wielka synagoga! Faktycznie wielka i z wyglądu i z nazwy. Na początku XX wieku były już plany dla takiej inwestycji z inicjatywy Naczelnego Rabina Izraela ale została wzniesiona. Ale kilkadziesiąt lat później rodzina Wolfsonów ufundowała ten budynek. W środku wielka sala modlitw, miejsce dla chóru i kantorów, galeria dla kobiet. Jest też osobna synagoga dla Żydów Sefardyjskich. Otwarcie jej miało miejsce w Tu B’Av (takie żydowskie walentynki 😉)

Na prawo „mojego hotelu” – wiatrak. Ale nie byle jaki! To słynny Wiatrak Montefiore. Ok ok… nie jest może tak słynny jak ten w Paryżu – ale mocno do niego podobny! 😊 To już dzielnica Mishkenot Sha’ananim (tę też zbudował Mojżesz Montefiore – ale za życia, dzięki funduszom Judaha Toura). Wiatrak, wybudowany został dla żydowskiej ubogiej ludności, by mieli gdzie mielić ziarno. Teraz jest w nim niewielkie muzeum, właściwie to izba pomięci fundatora oraz Centrum Muzyczne. Nieco dalej – przytułek. Teraz wygląda jak jakieś klimatyczne, artystyczne miejsce. Pierwotnie – dawał schronienie wielu potrzebującym ludziom.

Idę dalej. Park. To Liberty Bell Park – a w nim replika Dzwonu Wolności (tego z Filadelfii). Jest pięknie i zielono, są miejsca do zabawy i do gimnastyki, są miejsca dla zrobienia grilla. A! Jest też niewielki teatr (taki w klimacie starożytnym rzymskim) i jest też smok! Biały, sporych gabarytów, położył łeb na ziemi i odpoczywa – jak i odwiedzający park ludzie 😉 .

Zaraz za parkiem zaczyna się Dzielnica Kolonia Niemiecka. Tam tuż obok Jerozolimskiej Szkoły Sztuk Pięknych – Teat’ron HaKhan. Ma siedzibę w dawnym karawanseraj. A ciut dalej – Stacja kolejowa. Ale nie taka zwyczajna. Otwarta była pod koniec XIX wieku jako stacja na trasie Jaffa – Jerozolima. W 2013 została na nowo otwarta ale jako centrum kultury i rozrywki. I faktycznie mnóstwo tu restauracji, kawiarenek, miejsc gdzie z kulturą i sztuką obcować można. Fajno! To jedno z miejsc na trasie Parku Torów Kolejowych, który przebiega przez kilka dzielnic Jerozolimy (i te żydowskie i te arabskie). Po prostu zamkniętą linię kolejową istniejącą od 1892 roku teraz wykorzystano jako miejsca spotkań, imprez kulturowych, artystycznych wydarzeń itd. itd. Pomysł – uważam doskonały!

Nieopodal Wzgórze Biblijne gdzie stanowisko archeologiczne (tutaj odnaleziono Ketef Hinnon – najstarsze zwoje Tanach. Są archeolodzy i bibliści, którzy uważają że to tutaj była Golgota) i kościół św. Andrzeja (z początku XX wieku i związany z żołnierzami szkockimi, Tak z resztą jest czasem nazywany „Kościół Szkocki”).

Mój spacer trwał ciut dłużej. Ale to opowieść na kolejny post bo poszłam do kolejnej fajnej dzielnicy…

Izrael – Jerycho

„Chcesz wiedzieć, jakiej natury

Muzyka? Jerycha mury

Nie taranem ani działy

Lecz od niej poupadały”.

Często gdy słucham muzyki błąka mi się w myślach ten fragment „Do lutni” Wespazjana Kochowskiego. Jaką muzyka ma moc!

Ale dzisiaj myśl pomknęła dalej bo do Jerycha, które według opisu w Tanach poddało się sile muzyki. Izrael zdobył to miasto siłą muzyki a nie oręża! Tutaj przecież Mojżesz ujrzał pierwszy raz Ziemię Obiecaną prze Ha.szem. To pierwsze Jerycho – być może najstarsze miasto świata – dzisiaj jest stanowiskiem archeologicznym. W trakcie prac odkryto między innymi piękne mozaiki z synagogi datowanej na VI wiek. W pobliżu wznoszone były jednak kolejne „wersje” Jerycha, to z czasów Antoniusza, Kleopatry, Heroda Wielkiego i te późniejsze. Nie należy się temu dziwić – teren obfituje w źródła wody. Najbardziej znane jest chyba źródło Eliasza. To wiąże się z uzdatnieniem i oczyszczeniem z trucizny wody, która uniemożliwiała życie w Jerycho ludziom i zwierzętom.

Dzisiaj uwagę przykuwa, z dala widoczny już klasztor Kuszenia. Przyklejony do skały, wisi jakby trzymany jakąś boską siłą i tylko jej zawdzięcza to lewitowanie nad wąwozem Nahal Prat. Pierwsze pustelnie powstały tu już w IV wieku, kolejne w VI a od XII mieści się tutaj prawosławny monastyr. Warto się wspiąć (lub dojechać jeśli ktoś komfort ceni a gotówką dysponuje), bowiem klasztor skrywa cenny skarb – grotę Jezusa. Według tradycji chrześcijańskiej tutaj właśnie przebywał Jezus, gdy czterdzieści dni pościł na pustyni i gdy był poddany kuszeniu. Jerycho nazywane było miastem tysiąca palm i faktycznie jest ich tutaj sporo. Jednak drzewem przyciągającym turystów jest sykomora. Według tradycji na nią właśnie miał wspiąć się opisany w Nowym Testamencie Zacheusz.

Jeszcze jedno z Jerychem się kojarzy – róża jerychońska. Przedziwna ta roślina jest w stanie długo „udawać” uschniętą by nagle roztoczyć swój urok gdy choć kropę życiodajnej wody otrzyma…

Muzyka i kwiaty – choćby i jerychońskie… rozmarzyłam się… a może tylko zamyśliłam… 😉

Izrael – Kefar Kanna

Jest taki jeden cud opisany na kartach Nowego Testamentu, który znają wszyscy, nie ważne – wierzący czy nie, albo wierzący inaczej. 🙂 Na przestrzeni wieków wiele miejscowości Izraela pretendowało do szczytnego miana miejscowości pierwszego cudu Jezusa. Od XVII wieku uznaje się, że biblijna Kana Galilejska to współczesne Kefar Kanna. Miejsce najsłynniejszego wesela wszechczasów upamiętniają dwie świątynie – katolicka i prawosławna. W obydwu dominantą wystroju są stągwie kamienne upamiętniające wydarzenia – to z wodą i winem. Katolicka świątynia pod wezwaniem Pierwszego Cudu Jezusa jest pod opieką franciszkanów. Świątynia wzniesiona został w XIX wieku ale na miejscu kościoła istniejącego tu od wieku VI (w podziemiach fragmenty zobaczyć można). Oczywiście zarówno zakonnicy franciszkańscy jak i mnisi prawosławni przekonują, że są w posiadaniu tych właśnie stągwi, w których woda za sprawą cudu zamieniona została w wino.

W opisanej na kartach Nowego Testamentu Kanie dokonał się jeszcze jeden cud – uzdrowienia syna urzędnika królewskiego. Tutaj też narodził się św. Bartłomiej Apostoł. Niezmiennie jednak Kanna – winem słynie! W większości sklepów z pamiątkami sprzedawane jest wino. Oczywiście takie samo jak za czasów Jezusa. 😉 Próbowałam – delikatnie mówiąc, nic porywającego. To chyba jakieś inne szczepy w winnicach okolicznych, bo według opisu biblijnego – trunek miał być przedni!

Zasadniczo przez wieki miasto było raczej zamieszkiwane przez społeczność chrześcijańską ale grupa Żydów też tu mieszkała i rozwijała się. Do Kefar Kanna warto przyjechać też w określone jorcait, bo są tu pochowani słynni rabini Abba ben Joseph bar Ḥama i Rav Huna, a ciut dalej rabin Szymon ben Gamliela II. Prace archeologiczne pozwoliły odkryć też trochę śladów mozaikowych z istniejących tu przed wiekami synagog.

Izrael – Koziba

Jedzie się i jedzie niemal środkiem bezdroży pustynnych. Dookoła piach i skały jak malowanie – ostatecznie to pustynia Judzka. I gdy człowiek już się przyzwyczai do monotonii krajobrazu – wyrasta za zakrętem monastyr. Ten akurat to Koziba, a żeby po polsku zabrzmiało – monastyr św. Jerzego Koziby. Nad urwiskiem Nahal Prat w piątym wieku wzniosło go (początkowo jako oratorium) pięciu mnichów i tak sobie do dzisiaj trwa, choć zdarzało się, że trzeba było ściany podnosić z ruiny… Ta ostatnia odbudowa miała miejsce na przełomie XIX i XX wieku. I w sumie jak na takie „podnoszenie” to zupełnie nie mało zachowało się fragmentów z zamierzchłej historii. A to jakaś mozaika z VI wieku, a to relikwie z VII. Sarkofag Koziby i jego szczątki – oczywiście też są.

Ale miejsce to znane jest też z Tanach. Adummim z Księgi Jozuego albo Perath z Księgi Jeremiasza – to prawdopodobnie to miejsce. A może to też miejsce z może ulubionego Psalmu 23?

Ale do monastyru wracając. Lubię takie miejsca. Ale te, które mnisi lub mniszki wznosili w najdziwniejszych i najbardziej niedostępnych zakamarkach. Takie przyklejone do zboczy, zawieszone na czubku wzgórza, gdzie dostać się – oznacza karkołomną (momentami dość dosłownie) wspinaczkę. Tam jest tak jakoś inaczej. I to nie to, że pachnie cudownie kadzidło, że ściany osmolone od kaganków i świec, że zwykle żywi żyją po sąsiedzku z tymi, po których już tylko kości zostały… to nie to… W takich miejscach jakoś czas chyba inaczej płynie… i to nie to, że wolniej… on płynie ciszej…

Izrael – Masada

„Masada już nigdy nie padnie”. Taką przysięgę składają w tym właśnie miejscu żołnierze Izraelscy. Jest w tym coś niesamowicie emocjonalnego, podniosłego, budującego…

Herod miał spore zakręcenie na punkcie zagrożenia swojego własnego życia i zdrowia. Zważywszy na jego stosunek do świata i ludzi – obawy były uzasadnione… Zapewne niejedna osoba chętnie by mu… Ale, zakręcenia mogą czasem do dzieł wielkich się przyczynić (przypadkiem najczęściej). Masada wygląd swój i sławę zyskała właśnie dzięki decyzji Heroda, który nakazał rozbudować i unowocześnić pałac i twierdzę która stała się w konsekwencji nie do zdobycia. Miała mu zapewnić ochronę cennego zdrowia i życie… Nigdy z niej po „remoncie” nie skorzystał, ale twierdza wyszła imponująco! Swoją drogą przydała się w czasie Powstania Żydowskiego, stając się twierdzą dla Zelotów, a jej obrona do dziś jest symbolem heroicznej walki do krwi ostatniej. Nadal wdać ślady obozu wojsk rzymskich, które długo trudziły się by Masadę zdobyć. Ni bronią, ni głodem jej nie wzięli… Dopiero po usypaniu rampy udało im się to. W twierdzy znaleźli stos ciał. Obrońcy pod wodzą Ben-Jair’a widząc, że już nie mają żadnych szans, woleli zginąć niż zhańbić się poddaniem…

Na szczyt można dotrzeć Wężową Ścieżką (survival!) lub wyjechać kolejką linową (rekomenduję!). Generalnie lubię upały ale Masada to prawdziwa patelnie! Widoki jednak mimo żaru lejącego się z nieba wyborne. Tutaj naprawdę nie można było podejść niezauważonym. Ale wystarczy wejść w jakieś zakamarki by poczuć miły powiew chłodnego wiatru. Taka „naturalna” ale wymuszona zmyślną architekturą – klimatyzacja. Błądząc po ruinach, myślałam o Herodzie. Pomysłowość muszę mu przyznać. W twierdzy przechowywany był zawsze roczny zapas oliwy i zboża. Łaźnie i baseny dawały ochłodę, a olbrzymia cysterna – wodę zapewniała. Jak bardzo się to wszystko przydało w trakcie Powstania Żydowskiego… Twierdza, której nie można zdobyć… Twierdza, która nieprzerwanie trwa od wieków… „Masada już nigdy nie padnie”…

Izrael – Megiddo

Stanowisko archeologiczne w Megiddo, niemal w samym sercu Parku Narodowego w Dolinie Galilei. Już w epoce brązu było tu otoczone murami miasto z kanalizacją, świątyniami, pałacami. Na egipskich tekstach złorzeczących nazwa miasta się pojawiła – i chyba były skuteczne bo badania archeologiczne wskazują na upadek miasta w XIX w pne. Ale dwa wieki później – na nowo rozkwita. W 1478 roku p.n.e, znowu Megiddo ma problem z Egiptem… Tym razem skończyło się na bitwie i…. ponownym zniszczeniu miasta. O Megiddo można przeczytać też na karatach Tanach – i to wielokrotnie, ale dopiero za panowania Dawida weszło w skład obszaru Królestwa Izraela.

Zachował się tutaj cały system zaopatrywania w wodę z IX pne. To chyba największa atrakcja miejsca. Tunelem 30 metrowym schodzi się daleko w głąb pod ziemię. Teraz woda tu nie płynie ale idea była fantastyczna. Można było czerpać wodę nie wychodząc z miasta – co niekiedy przecież bywało niebezpiecznym.

W Megiddo byłam wiele lat temu. To był obóz naukowy. Odwiedzaliśmy wiele stanowisk archeologicznych w Izraelu. Ale Megiddo – zapamiętałam. Wiał przyjemny wiatr… i szumiało listkami pnącza pieprzowe… Skąd się wzięło – nie wiem ale pierwszy raz widziałam wtedy jak rośnie sobie – pieprz!

Izrael – Morze Martwe

Nie umiem pływać. Od takiego wyznania wypada zacząć. 🙂 I nawet nie to, że nie próbowałam – po prostu nie umiem i basta! Są jednak podobno miejsca na świecie gdzie nie da się utonąć. Na przykład Morze Martwe. Zasolenie tego bezodpływowego akwenu jest tak duże, że człowiek utrzymuje się na powierzchni bez najmniejszego zaangażowania ze swojej strony. Przy okazji nic w wodzie nie zaatakuje i nie nadgryzie bo życia organicznego w tak słonej wodzie też właściwie brak. Byłam, sprawdziłam, dokonałam zanurzenia i… szłam na dno jak malowanie!!! 🙂

To nie znaczy, że samo morze i to co wokół niego nie kusi pięknem i nie nęci by odwiedzić! Sam brzeg morski pełen kryształków solnych układających się w dziwaczne zacieki, tu i ówdzie asfalt leży (ale nie wylany przez człowieka w formie drogi, tylko wypluty przez fale morskie prosto z głębin). Wokół skały, skały i skały – pustynia Judzka. Szarobrunatne kamienie, głębokie kaniony. W sumie dwie osoby mogą stać na dwu wzniesieniach i porozmawiać ze sobą a nie móc do siebie podejść… W przeciwieństwie do morza – na pustyni jest życie. To jakiś ptaszek przycupnie, to jakieś kopytne przyjdą stadnie by się przywitać, nawet przekąsić coś można bo manna rośnie. 🙂 No i zachody słońca! Słoneczny klejnot czerwienią, żółcią i złotem oblewa i pustynię i taflę morza widoczną gdzieś na dole zanim nie chlupnie do wody na horyzoncie…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑