Miesiąc: sierpień 2024 (Page 14 of 58)

Djerba (Tunezja) – Musée Djerba Guellala

Gdy myślę o Musée Djerba Guellala – mam mieszane uczucia. Nazywa się muzeum. I faktycznie kilka eksponatów jest… Na stronie dumnie brzmi tekst, że jedna z największych placówek w kraju. No nie wiem… W samej Dżerbie jest też inna która eksponatów ma znaaaaacznie więcej a i ekspozycję taką jakby bardziej muzealną. Z drugiej jednak strony, koncepcja Muzeum Guellala – dość niecodzienna i zaskakująca. W kolejnych salach, kolejne manekiny opowiadają historię Tunezji i samej Djerba. A że na wyspie przez wiele wieków po sąsiedzku, żyją obok rodzimych Berberów – i muzułmanie i żydzi i chrześcijanie – to i wachlarz tunezyjskich opowieści spory. Jest scena ślubu, obrzezania, zielarza zapodającego medykamenty, odpoczynku przy sziszy w zaciszu domowym lub przyrządzania posiłku, pracy w farbiarni, świąteczne spotkania, rytuały i obrzędy np. barboura lub jiloura… Każda scena w dedykowanym anturażu, kostiumy też dedykowane do okazji… W sumie fajna myśl. Ale moje pierwsze wrażenie było takie sobie. Nie wiem dlaczego. Może lekko chwiejące się manekiny, może aranżacja jak z podrzędnego teatru obwoźnego. Generalnie byłam umiarkowanie na tak. Ale potem myśl. Ok… Ale może to jest pomysł by w muzeum opowiedzieć o niematerialnym dziedzictwie! Pewnie szczegóły do dopracowania, pewnie brak gadżetów i fajnego światła które robi klimat, pewnie dźwięki sączące się tu i ówdzie zrobiłyby dobrą robotę ale pomysł jest…

Djerba (Tunezja) – Park Djerba Explore

Właściwie to ja nie wiem jak ten obiekt nazwać… Muzeum, które przechodzi w skansen, a ten z kolei w ZOO, a kończy się na hodowli – krokodyli. Park Djerba Explore w Tunezji. Najpierw klasyczne muzeum. Jest sporych rozmiarów, sporo w sumie eksponatów w tematycznych kolekcjach. Jest kaligrafia i artefakty związane z religiami i sztuka Maghrebu i zabytkowe tekstylia Tunezji i ceramika itd. itd. Klasyczna ekspozycja, dobrze pomyślana. Szkoda, że podpisy tylko w języku francuskim i arabskim ale… cóż zrozumieć wypada. Potem przechodzi się do skansenu. Takiego, gdzie pracownicy ku uciesze turystów wcielają się w role na przykład rzemieślników, mieszkańców wioski i takie tam. Jest więc olejarnia i tkalnia i warsztat garncarski. Można odwiedzić klasyczny dom na Djerbie. Ale taki dom na bogato! Z salonem, kuchnią, naturalną klimatyzacją i systemem pozyskiwania deszczówki. No i wreszcie Zoo/farma. Kilkaset gadów! W znaczeniu – krokodyli głównie. Różne gatunki, wielkości, kolory nawet! Ale najwięcej – nilowych. Atrakcją największą jest ich karmienie. W sumie zaskoczona byłam. Bestie nie rzucają się na mięcho. Leniwie lazły i od niechcenia niemal ten i ów kłapnął paszczą i łaskawie zżarł kawał przekąski. Z oczu im patrzyła lekka szydera. Tak jakby chciały powiedzieć: karmić nas musicie… Bo ja nie to opiekunów zeżremy… 😉

Z rozmachem pomyślane! Gdy dołożymy jeszcze hotele i sklepiki i kawiarnie itd. itp. które są elementami kompleksu – jest rozmach. Mnie chyba najbardziej wzruszyła jednak część muzealna. To naprawdę dobrze zrobiona ekspozycja, zgodna z klasyką muzealniczą. Byłam w kilku muzeach w Tunezji. To jest zdecydowanie jednym z lepszych jakie miałam okazję tam zobaczyć.

Gdańsk – Muzeum Historyczne Miasta Gdańska, Dwór Artusa

Dom spotkań patrycjatu miejskiego. W wielu miastach nazywano takie miejsca od króla Artura i jego legendy. W Gdańsku też. Dwór Artusa bo o nim mowa to obecnie oddział Muzeum Historycznego Miasta Gdańska. Kiedyś gromadzili się w nim członkowie bractw. W głównej Sali każde z nich miało swoją ławę. Mieszczanie a zarazem członkowie bractw zbierali się tutaj dla interesów… Przy czym opłatę za wypite trunki wnoszono z góry.. 😉 „Obradom” towarzyszyli kuglarze, śpiewacy, muzycy. No po prostu imprezy się tu robiło i to takie że mmmm…. Żeby oddać honor – poważniejsze spotkania np. rozprawy sądowe też tu bywały ale sławę i tak miał jaką miał… Dwór metryczkę ma średniowieczną ale obecny kształt zyskał w XVII wieku. Obecna ekspozycja to kompleks trzech budynków: Stary i Nowy Dom Ławy oraz Dwór Właściwy. Cała ekspozycja to dwie sale i ukryta ciut za przejściem trzecia, z której wychodzi się już w kierunku miejskiego „nimfeum”. W tej największej (z gigantycznym pięknym piecem w rogu) część obiektów jest autentycznych, cześć to rekonstrukcja, brakujące zamarkowane „fototapetami”, w kolejnej piękna snycerka, cudne schody, szafy – co nikogo nie dziwi gdańskie, a potem wąskim przejściem (jak się nie zapyta pani zapatrzonej w telefon, to nie sposób wpaść na to że tam można wleźć) przechodzi się do kolejnej. Tu chyba czasowa ekspozycja tym razem art. współczesne będące kontinuum instalacji (zupełnie nieźle wkomponowanej) ze środka Sali Wielkiej. Prawdę mówiąc spodziewałam się jakiegoś efektu wow. Było bardzo ok ale efekt oczekiwany – nie…

Gdańsk – Muzeum Narodowe w Gdańsku, Oddział Sztuki Dawnej

Wrażenie robi monumentalne… Może dlatego, że przyklejone (właściwie w zaadoptowanych pomieszczeniach klasztoru franciszkanów) do kompleksu klasztornego? Wnętrza jednak okazują się gabarytowo nie aż tak okazałe. Muzeum Narodowe w Gdańsku powstało z dwu wcześniejszych (XIX-wiecznych z metryczki) kolekcji muzealnych: Muzeum Miejskiego i Muzeum Rzemiosła. A to o czym pisze to Oddział Sztuki Dawnej. Cała ekspozycja nie przeładowana, głownie w klimatach mieszczańskich – co zasadne. Główny powód odwiedzin – Sąd Ostateczny Memlinga. Fajnie zupełnie wyeksponowany i tak na „dzień dobry” rzucony zwiedzającym. A potem już mieszczańska opowieść z sali do sali. Meble, rzemiosło, malarstwa w sumie dość sporo, trochę sacrum trochę profanum. Właściwie zgodnie przecież z tytułem ekspozycji – „Pobożni i cnotliwi. Dawni gdańszczanie w zwierciadle sztuki”. Taka opowieść mieszczańska z podziałem i na epoki i na przestrzenie życia codziennego. Przyjemnie się łazi… Powaliła mnie gablota z zabawkami dziecięcymi (chyba cynowe): „mały kucharz” i… „mały ksiądz” 😂. A! W wirydarzu urządzona jest strefa chillout. Leżaczki i takie tam. Na jednym w cieniu, siedziała sobie pani pilnująca ekspozycji. Fajna robota…😎😎

Gdynia – Akwarium Gdyńskie

Czego się spodziewałam po Gdyńskim Akwarium? W sumie niczego. Poszłam dla zabicia czasu. A tu miła niespodzianka nastąpiła!

Pierwsze 30 lat istnienia nazywa brzmiała niezapamiętywalnie: Muzeum Oceanograficzne i Akwarium Morskie Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni. Obecna znacznie bardziej marketingowa. 😊 Działa od 1971 ale początków szukać należy w latach 20-tych XX wieku i działającym wówczas Morskim Instytucie Rybackim – Państwowego Instytutu Badawczego. Więc w sumie nie wiadomo ile lat tak naprawdę Akwarium liczy, bo od zmiany nazwy to jakieś 20, od powstania Muzeum ponad 50 ale od powstania zbiorów to będzie jakaś setka 😊

Czy Akwarium jest duże – nie bardzo. Ale dość ciekawie pomyślane. W kolejnych salach i na kolejnych piętrach, możemy podglądać wodne żyjątka tropików, Amazonii, rafy koralowej, Bałtyku, Atlantyku itd. Kolorowe i ładniutkie, chropowate i przerażające, a i takie zwyczajnie brzydkie też są. Ot – wodne ZOO.  Całość dość klasycznie pomyślana ale w sposób przemyślany, konsekwentny i jasny. Dobrze służy celom edukacyjnym. Niektóre z sal zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Dobre światło, ciekawa aranżacja i dobrze stworzone warunki do obserwowania zwierzaków bez zakłócania im spokoju. A rybie modelki – świetnie współpracują, pokazując się z najlepszego boku, gdy tylko zauważą obiektyw aparatu 😉

Gdynia – Muzeum Emigracji

„Muzeum Emigracji” w Gdyni. Muzeum to chyba ciut przesadne – eksponatów jak na lekarstwo. Ale – pomysł i sama opowieść genialnie poprowadzona!! To, że ludzi kusi by sprawdzić co jest tam za horyzontem, tam gdzie nas nie ma – to jasne. Tak było i tak będzie, tak jesteśmy w większości przypadków skonstruowani. Większość podróżników pcha do tego by wyjechać imperatyw by zobaczyć najodleglejsze zakątki świata. Dlaczego? – bo są! Ale pobudek może być milion: konieczność polityczna, poszukiwanie lepszego miejsca dla siebie, głód, chęć osiągnięcia sukcesu itd. itd. itd. To że byliśmy od wieków wielonarodowi, wieloreligijni i „przemieszczający się” – to też jasne. I fajnie, że autorzy wystawy pokazali powody i skutki podróżowania, lub raczej przemieszczania się – często w nieznane…

Opowieść zaczyna się od początków państwowości polskiej. Stając na oznaczonych punktach można usłyszeć dźwięk języków – tych którzy tę państwowość kształtowali przez wieki: polski, niemiecki, hebrajski, ormiański, litewski itd. Takie nienachalne towarzyszenie dźwiękiem, obecne jest zresztą we wszystkich kolejnych pomieszczeniach. To fajne słyszeć gwizd lokomotywy, syrenę odbijającego od brzegu statku, jakieś fragmenty kultowych filmów (tych a propos)… No i kolejne odsłony: Wielka Emigracja i dzieła tych którzy musieli wyjechać; ucieczka ze wsi do miast by szukać lepszego dla siebie miejsca i tworzenie się miast przemysłowych – tych ziemi obiecanych, w których jak to zwykle bywa większość zamieniała starą biedę na nową; a potem uciekanie przed głodem; wyprawy za Wielką Wodę; potem szukanie bezpiecznego miejsca przed wojną no i w kolejności – przesiedlenia na „ziemie odzyskane” bo ktoś tam na górze „ciut” definicję Polski przesunął…; a potem życie w PRL i pomysły jak się wyrwać; i na koniec stop klatki ze wszystkich zakątków świata gdzie zacumowali Polacy i gdzie spory wkład w krajobraz kulturowy często wnosili. W tej ostatniej odsłonie zabrakło mi Azji. Właściwie pokazany jest tylko Izrael – i bardzo dobrze, ale gdzie np. Chiny, Indie, Syberia itp. Z Afryką też mizernie. W sumie punkt ciężkości położony na Amerykę jedną i drugą oraz Europę.

Wychodzi na to, że gdziekolwiek na świecie byśmy się nie znaleźli to jest szansa usłyszeć język polski i jakieś ślady PL w kulturze lokalnej zobaczyć… Tak zresztą zaczyna się cała ekspozycja. Od wielkiej czarnej perły/kropli rtęci/kapsuły jakiejś – sama nie wiem… a w jej wnętrzu opowieści tych, który chcieli lub musieli wyjechać… Warto tu zaglądnąć będąc przejazdem…

Gori (Gruzja)

Zdarzyło mi się być w bardzo wielu miejscach upamiętniających wielkich tego świata. Głównie byli to muzycy, kompozytorzy, malarze, rzeźbiarz, poeci, pisarze i artyści wszelkiej proweniencji (takie miejsca lubię). Rzadziej – choć też się zdarzało – były to miejsca poświęcone wielkim politykom, przywódcom, ludziom którzy losy świata pchnęli na nowe tory… Dziwnie się jednak czuję, odwiedzając miejsca dedykowane zbrodniarzom. Gori w Gruzji do takich należy. W mieście tym urodził się Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, powszechnie znany jako Stalin. Kim był wszyscy wiedzą – nie miejsce tu by się rozwodzić nad tym jakim był człowiekiem, dlaczego takim się w którymś momencie stał i jak wiele istnień ludzkich zniszczył… Mnie zainteresowało samo miejsce. Gori – miasto, które promuje się na Stalinie. Spory budynek, a w nim pamiątki, zdjęcia (Wyselekcjonowane – takie od młodych lat, i takie z bliskimi, i takie jako władca świata, i takie pozowane jako ojca narodu i przyjaciela dzieci…), zrekonstruowany pokój w którym odpoczywał i ten w którym pracował… I osobiste pamiątki wodza. A na zewnątrz wiejski dom, w którym się urodził w rodzinie… no cóż, takiej jakich wówczas wiele było… i wagon pancerny, którym podróżował bo inaczej się bał… Strach, to swoją drogą uczucie powtarzalne w wypadku ludzi jego pokroju…

Mnie zastanawia coś innego. Mieszkańcy Gruzji i samego Gori właściwie są dumni z tego powodu że „tak wielki człowiek” urodził się właśnie tutaj… Mieszkańcy miasta mocno protestowali nawet gdy chciano usunąć pomnik Stalina stojący przed ratuszem! Widziałam całe rodziny zwiedzające ten przybytek. I wcale nie było na ich twarzach przerażenia a bardziej ciekawość i fascynacja. Jeszcze bardziej dziwili mnie turyści (Europejczycy!). Cześć przechodziła obojętnie – bo taki punkt w programie wycieczki; cześć z przerażeniem w oczach i skrajnymi emocjami… Ale byli też tacy, którzy radośnie podrygując – bawili się przednio (!), robiąc sobie na przykład „selfiki” z popiersiem Stalina, przytuleni doń lubieżnie lub strojąc idiotyczne miny…

Boże broń od zwyrodnialców, którym władza wpadła w ręce… ale też broń, od osób, którym łatwo przychodzi trywializowanie historii… Bo nie o to chodzi by rozpamiętywać. Nie o to też chodzi by zapomnieć. Ale by mieć właściwe, zdrowe patrzenie na to co było, po to by mieć roztropne patrzenie na to co będzie…

Jerozolima (Izrael) – Muzeum Izraela oraz Muzeum Ziem Biblijnych

Dwa muzea, właściwie nieopodal siebie. A opowiedziana w nich historia – trochę uzupełniająca się wzajemnie. Muzeum Ziem Biblijnych (מוזיאון ארצות המקרא ירושלים) to w sumie muzeum archeologiczne. Powstało w latach dziewięćdziesiątych XX wieku a inicjatorem był Elie Borowski (tak – polski akcent. Urodził się w Warszawie). Zresztą zręby dla muzeum dała prywatna kolekcja Borowskiego. Co można w muzeum zobaczyć? Ano artefakty pokazujące historyczność tego co w Torze zapisane, zabytki kultury Bliskiego Wschodu ale i „okolic”. Są eksponaty związane ze sztuką egipską, kananejska, aramejską, filistyńską, Hetytów, Persów itd. itd. Wszystko fajnie opisane, czasem rzuconymi na ścianę tekstami poważnych artykułów. Są też teksty z Tory odnoszące się do oglądanych obiektów. Dodatkowo – sporo niezłych makiet. Fajne, ciekawe i do tego naukowe. Super tercet!

Rozwinięciem niejako jest to co w całym kompleksie Muzeum Izraela (‏מוזיאון יִשְׂרָאֵל‎). Myślę, że jest znacznie bardziej na świecie znane, no i starsze bo założone w 1965 roku. Ma cztery podstawowe działy. Pierwszy – archeologia. To zasoby archeologiczne szeroko rozumianych ziem, w których kształtowała się historia ludu Izraela. Z ciekawszych eksponatów – kamień Piłata, stela Tel Dan, ossuarium Jeszua bar Jehosef, łaźnia Heroda itd. itd. Szczególnym miejscem tej ekspozycji jest miejsce („Sanktuarium Księgi”) prezentowania rękopisów Tory, również zwojów z Qumran i z Masady. To chyba największy zbiór zabytków związanych z szeroko rozumianą „Ziemią Świętą”. Kolejna ekspozycja – judaika. Wytwórczość rzemiosła artystycznego w Izraelu ale i w diasporach. Czegoż tu nie ma! A wszystko pokazane w spójnych opowieściach. Na przykład to co w życiu rodzinnym albo opowieść z obszaru kostiumologii – ubiorów określających tożsamość. Można zobaczyć tu na przykłada fantastyczny naszyjniki żydowskiej panny młodej z Jemenu. Inne opowieści to szlak synagog lub cykl roczny w perspektywie judaizmu. Tu piękne mozaiki, wnętrza synagog lub przedmioty potrzebne do praktyk religijnych. Następne dwa skrzydła muzeum to olbrzymia przestrzeń dedykowana sztuce oraz miejsce przeznaczone na zajęcia edukacyjne. Ach! I gigantyczna makieta Jerozolimy z czasów II świątyni. Robi wrażenie!

Przechodząc z jednego muzeum do drugiego można odpocząć w Sacher Park i Wohl Rose Park. Bo i miło i zielono, i pachnąco – w tym drugim ponad 400 odmian róż! No i spacerując parkowo można stanąć obok słynnej menory – tej tuż obok Knesetu.

Jędrzejów – Muzeum Przypkowskich

W Muzeum Przypkowskich w Jędrzejowie byłam… „dziecięciem będąc”. Pamiętam, że wtedy zrobiło na mnie niewiarygodne wrażenie. Od kilku lat miałam ochotę odwiedzić je ponownie (konieczna do szczęścia była mi fota jednego zegara świecowego…) i jakoś tak wciąż było nie po drodze. Dzisiaj uuudaaaaało się. I… nie wiem… jakoś to wspomnienie… kurcze, co mi się wtedy tak bardzo spodobało??? Nie wiem… Muzeum jest bardzo, bardzo klasycznie pomyślane. Przemiła Pani oprowadza po kolejnych pomieszczeniach mieszkania Przypkowskich. To tu, to tam zegary i inne takie – bo gospodarz zbierał, bo lubił. Jest i gabinet lekarski (gdzieś do roboty trzeba chodzić) i jadalnia i sypialnia. No taka małomiasteczkowa meta. Ładnie jest, kurzem pachnie – ot muzeum… Trochę tak jakby się podglądało kogoś w domu pod jego nieobecność. Potem kolejna część (sąsiedni budynek). Zupełnie niezła ekspozycja zegarów słonecznych. Z tego w końcu muzeum słynie – i to dość poważnie! Dobrze zrobiona wystawienniczo. Kolejne pomieszczenia umiarkowanie mnie przekonały. Niezłe eksponaty z dworów, pałacyków zebrane do kupy w kilku pomieszczeniach. W piwnicach – wystawa czasowa (nie zauważyłam opisu ale na stronie muzeum doczytałam, że to „The Magnificent Seven. Artystki i artyści z kręgu Galerii m², 2007-2020”.). No i wystawa kulinariów. Ta jest fajna! Od przepisów staropolskiej kuchni – po gary. No fajna! Tylko nie wiem czy plastikowe owocki i kiełbasy potrzebne… Ale generalnie – fajna! 😉 Po zwiedzeniu całości warto zaordynować sobie relaks w przymuzealnym ogrodzie. W jesiennym słońcu, zieleniach i brązach, połyskująca woda basenów, w których już rybek nie było (pewnie wyłowione na zimę), zatopione wśród roślinek zegary. Miło…

Całość – jeśli kto lubi zegary słoneczne lub takie klasyczne bardzo ujęcie idei muzeum, to warto zaglądnąć.

Kielce – Muzeum Narodowe w Kiecach, Dawny Pałac Biskupów Krakowskich „Wnętrza zabytkowe XVII-XVIII wieku”

Kielce… Nie potrafię sobie z tym poradzić ale mam sprzężenie zwrotne. Na dźwięk „Kielce” z automatu przypomina mi się piosenka w wykonaniu Zbyszka Raja… 😉😎

Ale tym razem muzealnie – czyli Muzeum Narodowe w Kiecach, Oddział: Dawny Pałac Biskupów Krakowskich. Aktualnie trochę w remontach i konserwacjach ale wystawy stałe w większej części działają. Jedna z nich – „Wnętrza zabytkowe XVII-XVIII wieku”. Ekspozycja bardzo klasycznie zaaranżowana. Sień górna mogąca pełnić funkcję sali koncertowej, a potem kolejne wnętrza – mniej lub bardziej wypełnione meblami, rzemiosłem artystycznym, dodajmy jeszcze kurdybany i kilka zupełnie niezłych obrazów. OK trafiłam na czas konserwatorsko/remontowy… Ale i tak – ekspozycja bardzo klasyczna wystawienniczo. Dla mnie najciekawszym elementem są fryzy oraz stropy kasetonowe i ich zdobienia. A kasetony z czterema porami roku – powaliły mnie skutecznie. W tak zwanym trzecim pokoju biskupim, gdy wzrok podniesiemy ku górze, w czterech narożnikach cztery pory roku, a każda z nich w towarzystwie roślin i zwierzaka – atrybutu. Co ciekawe atrybuty osadzone w polskim pejzażu i przyrodzie. Zmarznięta zima z puchatym kotem, jesień z winnymi gronami, dyniami i boćkami, wiosna z pękami kwiatów i perliczkami no i lato z kłosami zbóż i ptakami, które na razie nie potrafię dookreślić. Chyba tymi czterema porami roku głownie zapamiętuję tę stałą w Narodowym w Kielcach… 😁😁

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑