Miesiąc: sierpień 2024 (Page 11 of 58)

Słowenia – Lublana

Pierwsze zabudowania powstawały ok 2000 p.n.e… Kawał czasu… Oczywiście z tego czasu jakimiś mocno spektakularnymi zabytkami Lublana poszczycić się nie bardzo może ale z czasów rzymskim już bez większego problemu. 🙂 Tak czy tak – kawał historii ma za sobą miasto jak nic. Lublana rozwijała się przez całe wieki średnie. W XV wieku zyskała miano ważnego ośrodka sztuki. I… faktycznie coś z artyzmu ma. Taki niewytłumaczalny, wyczuwalny podskórnie lub podświadomie (jak kto tam woli i co kto ma bardziej rozbudowane) klimat sprzyjający myśli twórczej. Fajnie powłóczyć się uliczkami miasta (ale ja to generalnie lubię i praktykuję z założenia…) i pozaglądać w kilka miejsc – takich z grupy „niczego sobie”. Na przykład katedra św. Mikołaja. Oj jak tam barok kapie ze ścian różowym marmurem, stiukami, freskami. Cudowny spektakl światła i teatru – barocco po prostu. Kawałek dalej można zobaczyć słynny potrójny most. W wiekach średnich powstał w tym miejscu pierwszy – zwany szpitalnym, potem w XIX zbudowano nowy – dedykowany arcyksięciu Franciszkowi Karolowi. Na koniec na początku XX dobudowano dwa jeszcze by przepustowość poprawić. No i jest atrakcja turystyczna jak malowanie! Zamek też ładny. Na kolana wyjątkowo nie powala ale ładny. No wiem, archeolodzy znaleźli tu nawet celtyckie ślady – ale i tak nie powala. W sali herbowej (chyba najatrakcyjniejsze miejsce w całym kompleksie) siedział, pamiętam, jakiś umyślny i wprawnym ruchem ręki kaligrafował co tam kto chciał, na początek ordynując imię rozmówcy – jeśli kto przystanął i w rozmowę się pozwolił wciągnąć. A! w ścisłym centrum zupełnie niezłe restauracje. Jedną z lepszych sarnin jakie jadłam – to tam! A jaki fantastyczny štrukli w stu wersjach smakowych!! Mmmm… kulinarne odwiedziny w Lublanie – to w pełni uzasadniona koncepcja.

Słowenia – Piran

Piran jest perłą wybrzeża Słowenii. A że perła – to i tłoczno zwłaszcza w sezonie – to naturalne… Tak! Naturalne wszędzie z wyjątkiem Piranu. Tutaj (mimo najazdu turystów) w środku sezonu znajduje się takie zaułki gdzie zaszyć się można z książką, a towarzystwa dotrzymują jedynie koty.

Piran pamięta czasy Rzymskie i to czuć, widać i słychać. Słychać nie tylko dlatego że w j. włoskim porozumiewanie się jest równie naturalne i oczywiste co w j. słoweńskim. Tutaj wszędzie sączy się muzyka – głównie utwory urodzonego w tym mieście słynnego skrzypka i kompozytora włoskiego Giuseppe Tartiniego. Nie sposób też nie wspomnieć o słynnej „wenecjance” – czerwonej uroczej kamienicy, która wprost kwintesencją weneckiego gotyku jest.

Sporo też kościołów. Dźwięk ich dzwonów to urocza muzyka miasta. Najważniejsza i chyba największa świątynia poświęcona została „smokobójcy” – św. Jerzemu. To dla odmiany czysty włoski renesans. Nawet kampanila obok spora stoi (wysoka na 47 m.) prawie jak w Wenecji…

Słowenia – Žiče

W Dolinie Świętego Jana Chrzciciela musi się znajdować jakiś klasztor… Jak musi – to jest. 🙂 Kartuski klasztor w Žiče! A precyzyjniej – nieopodal tej wsi, w rzeczonej dolinie stoi. Był pierwszym klasztorem tego niegdyś prężnie rozwijającego się zakonu, wzniesionym poza terytorium Francji. Powstał w połowie XII wieku z inicjatywy margrabiego Styrii, Ottokara III, który później swoją drogą, znalazł tu miejsce wiecznego spoczynku. Podobno gdy Ottokar wrócił z krucjaty, dla relaksu udał się na łowy w pobliskich lasach. W pewnym momencie zobaczył białą łanię prześlicznej urody. Ruszył w pogoń, jednak nie zdołał jej dogonić. Znużony położył się w cieniu drzew by odpocząć. Wówczas we śnie ukazał mu się św. Jan Chrzciciel odziany w białą skórę (niczym żywcem z tej łani ściągniętą) i nakazał Ottokarowi wznieść w tym miejscu klasztor ku swojej czci. Margrabia przestraszony snem zbudził się z krzykiem, ale ujrzał jedynie umykającego w zarośla białego królika. Stąd nazwa klasztoru – Seiz Charterhouse.

Sam kompleks klasztory zbudowany został według zasad obowiązujących w zakonach kartuskich. Kościół i system zabudowań klasztornych otaczał wysoki mur. Niegdyś był prężnym ośrodkiem życia religijnego. Dzisiaj – w ruinie. Sterczące w niebo mury i resztki zabudowań klasztornych oplata bluszcz. Fragmenty dobrze zachowane, utrzymane i troskliwie zaopiekowanie przez konserwatorów. W jednej z sali nawet niewielkie muzeum. Wokół szumią drzewa i szemrze rzeka. Powoli sacrum architektoniczne przemodlonych murów splata się z sacrum natury…

Szwajcaria – Genewa

Genewa głównie z ONZ i Czerwonym Krzyżem się kojarzy – i słusznie. Trochę jeszcze z zegarkami. Choć sądzę, że wiedza o najstarszej istniejącej manufakturze zegarków nie jest arcypowszechna na świecie. Może kosmopolityczny nastrój Genewy sprawia, że nie jest to miasto z pierwszej dziesiątki najchętniej odwiedzanych przez turystów. Urokliwych i nastrojowych zakątków próżno tu szukać, ale jeśli ktoś ma upodobanie w protestanckiej surowości i nowoczesnego brzmienia urbanistyki to Genewa jest miastem skrojonym dlań na miarę. Wszędzie schludnie, z matematyczną dokładnością, monumentalnie – jak dla mnie trochę przytłaczająco… Ale… pomnik reformacji warto zobaczyć. Ma już ponad 100 lat. Wzniesiono go z dwu powodów: 400-lecia urodzin Jana Kalwina i 350-lecia Akademii Genewskiej (którą zresztą Kalwin założył). W centralnej części gigantyczne postacie Farela, Kalwina, Beze’a i Knoxa, ale i Lutra i Zwinglego z boku znaleźć można. Jest też polski akcent. Jan Łaski – wybitny działacz i propagator ruchów reformatorskich, humanista, pisarz i dyplomata, sekretarz królewski. Miło, że doceniony został wśród największych…

Tajlandia – Bangkok, Leżący Budda

Bangkok kojarzy mi się z niewyobrażalną plątaniną kabli wiszących nad ulicami, (choć z perspektywy okna pokoju hotelowego na siódmym piętrze miasto to wygląda bardzo współcześnie by nie rzec nowocześnie) oraz z trzema odsłonami Buddy.

Leżący Budda (วัดโพธ) to jedna z najstarszych świątyń, a na pewno największa (80 tys. m2). Najważniejszym punktem kompleksu jest, co oczywiste – posąg leżącego Buddy. Gigantyczna, ponad 40 metrowa, cała błyszcząca złotem, postać Buddy wypełnia wnętrze pawilonu. Złota tu zresztą sporo. I trudno się dziwić. W tradycji buddyjskiej jest ono uważane za symbol słońca i ognia (przy wejściu można kupić płatki złota by okleić nimi – jako ofiarę – wybraną figurę Buddy).

Nieco dalej stupy czterech królów. Wraz z sąsiadującymi z nimi mniejszymi stupami i budowlami, tworzą bajkową scenerię. Misterne, wielobarwne zdobienia wyglądają niczym domki z piernika lub stosy świątecznych ciastek, które ktoś dla lepszego efektu obsypał garściami kwiatów. Choć sceneria bajkowa i landrynkowa, same stupy to po prostu grobowce, choć są też schronieniem dla cennych posągów. Podobną funkcję, spełniają stojące w szeregu pod ścianą posągi Buddy. Zwykle w ich cokołach umieszczane są prochy zmarłych. Szeregi złotych posągów przyciągają wzrok turystów, którzy często robiąc selfie na ich tle nie mają chyba świadomość, że ordynują sobie zdjęcie na tle cmentarza.

Wędrując po zakamarkach kompleksu można posiąść sporą wiedzę na temat tajskiego masażu. Na ścianach rysunki ludzi lub bogów z zaznaczonymi na ciele newralgicznymi dla masażu punktami. Gdzieniegdzie, wśród zieleni rzeźby ukazujące sam proces masażu. Swoją drogą wygląda to ciut karkołomnie. Dwie – trzy osoby splecione w dziwacznym, ni to uścisku, ni to walce, wyglądają dla niewprawnego oka delikatnie mówiąc dość osobliwie.

Tajlandia – Bangkok, Złoty Budda

Właściwie Leżący Budda sprawia wrażenie bardziej złotego, ale to inna świątynia ze znacznie mniejszych rozmiarów figurą został nazwana „Złoty Budda” (พระพุทธมหาสุวรรณปฏิมากร). Sama świątynia wzniesiona została dopiero w latach pięćdziesiątych XX wieku, ale posąg wieleset lat starszy, ma dość ciekawą historię.

Figura datowana jest na XIII wiek, a wykonano ją ze szczerego złota. Tak, cała figura to 5,5 tony cennego kruszcu! Nie należy się dziwić, że pokrywana byłą warstwami zabezpieczającymi. Nie po to by się nie zniszczyła ale po to by ustrzec ją przed pożądliwymi spojrzeniami. Jak coś jest wielkie i ze złota to rzadko wytrzymuje kilkaset lat historii w nienaruszonym stanie. Kamuflaż okazał się na tyle skuteczny, że zapomniano o figurze na 200 lat. Dopiero w XX wieku w czasie przypadkowych prac, gdy przez nieuwagę odprysnął fragment gipsu, odkryto cenne zawartość gipsowej skorupy. Tak to często przypadek lub niezręczny pracownik, decydują o odkryciu!

Tajlandia – Bangkok, Szmaragdowy Budda

Świątynia Szmaragdowego Buddy (พระพุทธมหามณีรัตนปฏิมากร) to część kompleksu pałacowego. Tę olbrzymią rezydencję zaczęto wznosić pod koniec XVIII wieku. Obecnie monarcha nie zamieszkuje tutaj ale nadal bywa – np. podejmując głowy innych państw. Tutaj także mają miejsce kolejne koronacje, tutaj nadal znajduje się biblioteka królewska i królewski harem – przy czym ta pierwsza jest pełna książek, a ten drugi dawno już pusty. Pośród licznych budowli kompleksu wzrok przykuwa mocno pucułowata cała złota czedi. Podobno w jej wnętrzu przechowywane są prochy Buddy.

Najcenniejszym i najświętszym miejscem jest świątynia Szmaragdowego Buddy. Szmaragdowy jest tylko z nazwy. W rzeczywistości jest to figurka (bardzo niewielka) wykonana z zielonego jadeitu. Podobno cudownie została znaleziona w 1424 roku. Uderzający w stupę piorun rozłupał budowlę ukazując posąg okryty gipsową skorupą. Osłona mimo uderzenia nie uległą zniszczeniu. Dopiero po latach kolejne jej warstwy miały stopniowo odpadać by odsłonić cenne wnętrze. Figurka wywożona była systematycznie z miejsca na miejsce, aż w końcu w 1785 roku uroczyście został wniesiony do nowo zbudowanej świątyni, w której rezyduje do dzisiaj. Trzy razy do roku Szmaragdowy Budda przebiera się. Ceremonialnej zmiany odzieży dokonuje zawsze król – w lecie zakładając posągowi koronę, w porze deszczowej szaty mnicha, a w porze chłodnej – złoty szal.

I tak sobie myślę, że to kolejny dowód na odciśnięte w każdym człowieku „linie papilarne” Najwyższego. Odległe kultury, cywilizacje i religie ale my – istoty ludzkie – na pomysły wpadamy jednakowe. Patrząc na stroje Szmaragdowego Buddy przypomniały mi się sukienki Praskiego Jezulatka…

Tunezja – Ar-Rijad

Niewielka miejscowość na tunezyjskiej wyspie Djerba – Ar-Rijad (Erriadh). Przez wieki zamieszkiwała tutaj spora społeczność Żydowska. Przez spoooore wieki, bo pierwsza grupa przybyła do Ar-Rijad (wtedy to chyba bardziej Hara Sghira) około VI w.pne. Diaspora rozwijała się prężnie gospodarczo, kulturowo i religijnie, czego i śladów w Ar-Rijad wiele. Niestety obecnie wspólnota liczy zaledwie kilkadziesiąt osób… Dlaczego? Pewnie z różnych powodów, ale seria zamachów terrorystycznych (także w synagogach zginęło wielu ludzi…) nie była bez znaczenia.

Ale ślady dawnej świetności są. Na przykład – kilkanaście synagog. Najbardziej znana jest sefardyjska synagoga Al-Ghariba (co znaczy cudowna). Została wzniesiona w miejscu, w którym mieszkała (i zmarła z wyczerpania) pewna młoda Żydówka, która uciekła ratując życie i zwój Tory… Faktycznie w synagodze przechowywana jest jeden z najstarszych zwojów Tory na świecie. Legendy i fakty czasem w życiu się przeplatają. Kiedyś synagoga miała dwanaście okiem (symbol 12 pokoleń Izraela). Podobno też wmurowany był w ściany synagogi kamień przywieziony ze zburzonej świątyni jerozolimskiej. Symboliczna łączność Jerozolimy i diaspor. Wnętrze synagogi podzielone jest na dwie sąsiadujące sale. Pierwsza pięknie zdobiona misternymi niebiesko – biało – brązowo– zielonymi mozaikami. Kolorowe szyby w oknach wpuszczają promienie słoneczne barwiąc je swoimi kolorami. Efekt – bajkowy! Obok mniejsza sala z bimą. W gablotach srebrne „ślady” pielgrzymów. Łukiem zaznaczone jest też miejsce gdzie miała być odnaleziona wspomniana wyżej Żydówka i cenny skarb, który przechowała. Małe zaskoczenie doświadczyłam wchodząc do synagogi. Lokalna tradycja tutejszej diaspory – wchodzącym do środka grupom turystów, przewodnicy kazali zdjąć buty. Kiedyś było to w praktyce np. Żydów jemeńskich lub w Maroku ale przetrwało chyba tylko w Dżerbie. Uprzejmy pan rozdawał też kipy mężczyznom (co oczywiste) a kobietom (tym w krótkich szorkach i mocniejszych dekoltach) też chusty. I znowu – przewodnicy instruowali, że chustą należy zakryć… włosy. Lokalny mix kulturowy a może zachowane praktyki z przeszłości. W sumie nie istotne… 🙂 Ale zaskoczenie miałam.

Obok synagogi – budynki służące jako hotel dla potrzebujących miejsca odpoczynków pielgrzymów. Do Ar-Rijad przybywają bowiem pomiędzy Pesach a Szawuot, rzesze pielgrzymów. Powód? Szczególnie uroczyste obchody półświęta Lag ba -Omer (Święta Uczonych). To święto radości, odcinania się od tego co smutne i jedyny w tym czasie dzień, kiedy można stanąć pod chuppa i organizować imprezy. 😊

A ja się zastanawiałam dlaczego mi się tutaj tak podoba… 😉

Tunezja – Chebika

To szczęście mieć oazę – miejsce do którego się z radością jedzie, gdzie czuje się szczęśliwie, spokojnie, tak po prostu dobrze… Przez jakiś czas Berberowie mieli taką oazę Chebika w tunezyjskich górach Atlasu. W starożytności była tu rzymska osada (civitas) Ad Speculum.  Nazwa trafna! W oazie woda tworzy niesamowity klimat. Niewielkie zielono turkusowe w którym przeglądają się ugrowe skały, potem strumyk wijący się wąwozem i takie kolejne, małe „lustro” do którego wpada równie mały wodospad. A całość otulona zielenią krzewów i pióropuszami palm. Tuż obok ruiny miasteczka Chebika. Wcale nie straszą, jak wiele podobnych w różnych zakątkach świata. Wręcz przeciwnie, wydają się być szyte na miarę do jakiejś fot sesji, bo i forma i kształt i kolorystyka stapiająca się niemal całkowicie z kolorem skał. To tak trochę wygląda jakby twory architektoniczne wyłaniały się w sposób naturalny z natury. „Architektem” w tym przypadku była powódź z 1969 roku która zniszczyło wioskę. Nową wybudowano nieopodal, a mieszkańcy zajmują się głównie turystyką i oprowadzaniem przyjezdnych – tak przez stara Chebikę, potem ścieżka w górę by panoramę podziwiać, a potem w dół do oazy. W sumie mądrze, bo po spacerze w pełnym afrykańskim słońcu, na patelni zbocza góry, podwójnie docenia się przyjemny cień i chłód wody w oazie… Taka trasa do podziwiania okoliczności przyrody (i jej mocy…). 😊

Ale faktycznie pięknie tu i filmowo… Ten akurat anturaż wybrali reżyserzy „Angielskiego pacjenta” i „Nowej nadziej” gwiezdnych wojen.

Tunezja – Chenini

Takie miasto, że wiatr tylko śwista w szczelinach murów… Ale urokliwe kosmicznie! Tunezyjskie Chenini. I nie bez powodu taki epitet zaordynowałam bo jak wiele wiele wiele miejsc w Tunezji – Chenini też się reklamuje jako plan zdjęciowy „Gwiezdnych wojen”… Kiedyś było tutaj berberyjskie miasto-spichlerz. Fajnie przyklejone do zbocza wzniesienia a właściwie w większości wykute w tym zboczu. To sprzyjało ufortyfikowaniu Chenini – z założenia był to ksar. Najstarsze zabudowania datowane są na XII wiek. Właściwie to trudno nazwać to miejsce archeologicznymi pozostałościami albo zrujnowanym miastem. OK samo ksar – to historyczne, jest opustoszało (głównie z powodu problemów z wodą) ale u podnóża mieszkają nadal Berberowie (ze społeczności kilkutysięcznej pozostało około 500 osób). Głównie artyści i rolnicy. Ci drudzy, opustoszałe miejscówki czasem nadal wykorzystują jako spichlerze. Więc czy Chenini takie bardzo wyludnione? Ale wrażenie robi. Trzeba się wdrapać na górę (co przy przypiekającym słonku – taka sobie przyjemność… ) A potem widoki po horyzont! A i pozaglądać w zakamarki dawnych spichlerzy można.

Wszystko jest w kolorze ugier palony i sepia… Niby monochromatycznie a kolorowo… I w tej masie wielobarwnego brązu jeden śnieżnobiały punkt – meczet z minaretem. Niby maleńki ale przez swoją wyjątkowość barwy – pełnił funkcję swoistej latarni (no nie powiem, że morskiej ale „robotę” miał podobną 😊 ) dla przechodzących karawan.

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑